Internetowe życie dziecka. Co może zrobić tata? Rozmowa z Maciejem "Zuchem" Mazurkiem

brak ocen dla tego artykułu
średnia ocena: 5.0- liczba głosów: 26

Współcześni nastolatkowie to już pokolenie, które nie pamięta czasów „przedinternetowych”. Traktują sieć jako oczywistość. Rodzice dostrzegają, że internet to wiele możliwości, ale również szereg zagrożeń.

Na ten temat rozmawiamy z Maciejem Mazurkiem, zawodowo związanym z szeroko pojętymi mediami społecznościowymi. Od niemal dekady tworzy jeden z popularniejszych blogów ZUCH.media. Prowadzi zajęcia na Collegium Da Vinci nt. mediów społecznościowych, blogów, tworzenia treści w internecie. Jest tatą trójki dzieci. 

Bartłomiej Sury: Wielu rodziców narzeka na współczesny internet, tymczasem ty proponujesz inną drogę.

Maciej Mazurek: Co nie znaczy, że jestem ślepy na dzisiejsze zagrożenia, rzeczywiście jest na co narzekać. Chodzi jednak o to, aby poza rzeczami złymi, widzieć także dobre.

Współczesne media społecznościowe ogłupiają dzieci?

To trudna kwestia, trochę przypominająca pytanie, czy zabija młotek, czy użytkownik młotka. Wszystko zależy od sposobu wykorzystania narzędzia. Specyfika współczesnego internetu jest natomiast taka, że właściwie każdy może być nadawcą, próg wejścia jest bardzo niski. Nie trzeba mieć nawet kamerki internetowej, wystarczy smartfon, żeby nagrywać filmiki na YouTube.

Istnieje na przykład zjawisko patostreamerów – to osoby ze środowisk patologicznych, które w internecie pokazują swoje życie – przemoc, używki, niemoralne zachowania. Dodatkowo YouTube daje możliwość zarabiania na publikowanych materiałach. Jak to działa? Youtuber uruchamia stream (przekaz na żywo) z komunikatem: „jeśli to, co emituję, podoba Ci się, wpłać niewielką kwotę”. To zwykle mikropłatności – na przykład złotówka. Jak wykorzystują to patostreamerzy? „Jeśli uzbieram 1000 złotych, uderzę moją mamę”. Publikując złe, obrzydliwe materiały można zarobić kilka tysięcy złotych dziennie. W tym środowisku dochodzi do scen bardzo drastycznych.

Wygląda na to, że granice przesuwają się coraz dalej.

Niedawno TVN wyemitował reportaż na temat patostreamerów. Po obejrzeniu tego materiału jeden z internautów napisał: „To straszne. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od Big Brothera!”. Ten komentarz oddaje sedno sprawy: to telewizja przygotowała grunt, emitując programy pokazujące cudze życie i nieustannie przekraczając kolejne granice, obniżając poziom, aby zwiększać oglądalność. Internet z kolei nie ma ograniczeń prawnych, które obowiązują w telewizji. Niemniej filozofia jest podobna. Na taki przekaz przyzwolenie dali sami dorośli. Niski poziom stał się standardem najpierw w telewizji. Nie zaczęło się od internetu.

Dostęp do większości drastycznych materiałów jest bardzo łatwy. YouTube posiada co prawda pewne ograniczenia i blokady, jednak ten system jest zawodny.

Algorytmy analizują nagrania i są w stanie wychwycić goliznę, aby zablokować taką treść, jednak ich skuteczność nie jest stuprocentowa. Weźmy pod uwagę, że liczbę użytkowników liczymy w setkach milionów – takiej masy nie sposób skontrolować.

Dodatkowo media społecznościowe wykorzystywane są na masową skalę przez reklamodawców. Dzieci są ich łatwym celem. Można uruchomić YouTube i rozpoczyna się niekończący strumień filmików, który dziecku trudno przerwać.

To prawda, ale przecież tak samo jest z telewizją. „Już drugą godzinę oglądasz YouTube’a!” – upomina dziecko ojciec, który pięć godzin dziennie spędza przed telewizorem. Inny przykład: rodzicowi wydaje się absurdalne, że jego dziecko ogląda, jak inni grają w gry komputerowe (tzw. gamersi). Zaraz potem włącza mecz piłki nożnej, a więc w gruncie rzeczy robi to samo. Nie różnimy się tak bardzo jako pokolenia, mamy natomiast inne media.

To kwestia kluczowa – przykład ojca. „Dzieci bardzo często nie słuchają swoich rodziców, ale często ich naśladują”. Czy będąc ojcem wykorzystującym internet do pracy, starasz się przekazywać swoją wiedzę dzieciom?

Moje dzieci wiedzą sporo na temat mechaniki działania internetu. Nie mówię nawet o kwestiach ściśle technologicznych, raczej o mechanizmach marketingowych, psychologicznych, ekonomicznych. Wiedzą na przykład jak działają reklamy w internecie. Rozmawiamy na ten temat, sporo rozmawiam o tym również z żoną.

Problemem dzisiejszego społeczeństwa jest fakt, że to nie użytkownicy konsumują treści – raczej ta treść konsumuje ich, rządzi nimi. Dla współczesnego pokolenia internet jest czymś oczywistym. Widzę to po moich studentach, to często młodzi ludzie. Na początku bałem się, że się przed nimi ośmieszę, przecież oni wiedzą wszystko o internecie! Okazuje się, że wcale nie. Owszem – bardzo wiele treści przyswajają, ale nie posiadają merytorycznej wiedzy.

Nie są świadomi ekonomicznego wymiaru współczesnego internetu – często to użytkownik jest towarem płacącym za „darmowe usługi” swoimi danymi.

To również naiwna wiara w to, co widać na ekranie, bez brania pod uwagę, że ogląda się kreację stworzoną przez konkretnych ludzi. Rzeczywiście – w internecie znajdziemy mnóstwo bzdur, ale poszukajmy genezy zjawiska. Weźmy choćby rynek prasy – najpopularniejsze gazety to "Fakt" i "Super Express", które biją na głowę inne media. Jeśli ojciec czyta tabloidy, niech się potem nie dziwi, że dziecko ogląda patostreamerów. To rodzice odpowiadają za klimat panujący w domu.

Dorośli wymagają rozsądku od dzieci, podczas gdy sami nie wiedzą zbyt wiele o współczesnym internecie. Negacja i zakazy nie są żadnym rozwiązaniem, bo internet jest dziś wszechobecny. To tak, jakby zabronić komuś oddychać. Nawet jeśli dziecko nie dostanie smartfona, to może korzystać z niego, bo przecież większość jego szkolnych kolegów posiada to urządzenie.

Mamy zatem dwie postawy: jedni tylko narzekają i ubolewają, podczas gdy ich ośmio-, dziewięcioletnie dzieci mają już smartfony. Inna grupa zupełnie odcina dostęp do technologii. W moim przekonaniu obie te postawy do niczego dobrego nie prowadzą.

Łatwiej jest uciekać od wyzwania niż je podjąć.

Tu nawet nie chodzi o ucieczkę, to raczej pogarda – rodzice uważają internet za „głupi”. Dają porady w stylu „weź, poczytaj książkę”. A co, jeśli dziecko właśnie czyta książkę w wersji elektronicznej?

Ty proponujesz pozytywną odpowiedź na to wyzwanie.

Przede wszystkim negacja nie jest rozwiązaniem. Uznawanie rzeczywistości internetowej jako z gruntu „złej” jest krzywdzące dla tych, którzy lubią korzystać z sieci. Jedyny efekt jest taki, że między ojcem a dzieckiem tworzy się przepaść i brak porozumienia.

Rodzic mówi: „to jest głupie!”. Dziecko zostaje z tym komunikatem. Idzie do kolegi, oglądają coś razem i myśli: „O rety, to jest jednak fajne! W takim razie mój ojciec kłamie albo jest hipokrytą. O co mu w ogóle chodzi?”. Ten kamyczek powoduje lawinę. Za kilka lat dziecko nie przyjdzie do taty porozmawiać o ważnych sprawach, bo przecież ojciec nic nie wie o życiu.

Co zatem można zrobić? Zaangażować się. 

Przeczytałeś? Działaj:

Wskazówki Macieja Mazurka:

  1. YouTube jest pełen najróżniejszych poradników, tutoriali itp. Poszukaj razem z dzieckiem jakiegoś filmiku z instrukcją jak coś można zrobić i zróbcie to (np. obiad, deser, zabawkę, karmnik, obrazek).
  2. Zastanów się, czym się interesujesz i czym interesuje się Twoje dziecko (lub czym może się zainteresować). Poszukaj czegoś z tego zakresu na YouTube (np.  jeśli ciekawi Was kosmos, świetnym źródłem wiedzy będzie oficjalny kanał NASA).

     

    Więcej wartościowych informacji o współczesnym internecie znajdziesz na blogu Maćka: Kim są patostreamerzy Mądre filmy dla dzieci na YouTube

 

 

Tagi:

bezpieczeństwo internet Maciej „Zuch” Mazurek media nowe technologie relacje
Oceń ten artykuł:
brak ocen dla tego artykułu
średnia ocena: 5.0- liczba głosów: 26

Komentarze

Wesprzyj Tato.Net
Przekaż 1,5% podatku