O powierzaniu obowiązków dzieciom

brak ocen dla tego artykułu
średnia ocena: 4.9- liczba głosów: 7

Pierwszym narzędziem, które przychodzi mi na myśl w kontekście powierzania odpowiedzialności dzieciom, są grabie mówił w 2016 r. w Łodzi na VIII Forum Tato.Net "Odwaga & Rozwaga" Paweł Czuba, historyk i pedagog.

Kiedyś grabiłem liście przed domem. Skrzętnie tworzyłem z nich zgrabne kopczyki, które potem miałem załadować na taczki. W pewnym momencie zobaczyłem, że mój czteroletni chrześniak wybiegł z domu, gdzie do tej pory siedział przy herbatce w gronie swoich cioć. No i też chwycił za grabki. Tylko że zamiast grabić, porozwalał liście, które ja zdążyłem zebrać w kupki. Na początku byłem zły, bo zniszczył moją pracę, ale zaraz spojrzałem na to z innej strony. Uświadomiłem sobie w wtedy, że tego chłopaka po prostu pociąga praca.

Nasze rozważania zacznijmy od prostego, ogólnego pytania – dlaczego w ogóle pracujemy? Poniżej kilka pomysłów:

  • Bo chcemy być potrzebni – potrzeba satysfakcji;
  • Bo chcemy mieć środki – potrzeba wynagrodzenia;
  • Bo z pracy wynikają zmiany – potrzeba dokonywania zmian w świecie;
  • Bo przez pracę się rozwijamy – potrzeba rozwoju;
  • Bo mamy w pracy dobre towarzystwo – potrzeba towarzystwa;
  • Przychodzi mi na myśl jeszcze jeden powód. Pracujemy, bo musimy, bo taka jest nasza natura. Prawdziwy mężczyzna niezbyt dobrze się czuje, gdy nie pracuje. Lenistwo nie wchodzi w etos bycia mężczyzną, mężem, ojcem. Jest to wewnętrzna, głęboka potrzeba dania czegoś od siebie, którą ma w sobie każdy z nas.

Czy małe dzieci nie mają takich potrzeb? Jestem przekonany, że nasze przedszkolaki mają takie same potrzeby, tylko zupełnie inaczej je wyrażają. Inna jest ich skala, ale gdzieś w głębi te potrzeby istnieją. Dzieci też chcą zmieniać i zdobywać świat, też oczekują nagrody za pracę. Jedną z form tej nagrody może być po prostu satysfakcja.

Moja pierwsza teza jest taka – praca jest przedszkolakom potrzebna. Dlaczego warto, żeby tata powierzał pewne obowiązki swoim dzieciom?

  • Po pierwsze, to jest jedyna okazja, żeby poświęcić dziecku czas w sposób ekskluzywny, czyli na wyłączność. Dzieci tego potrzebują. 
  • Po drugie, jest to prawdopobnie jedna z najlepszych możliwości docenienia. Badania potwierdzają, że głównym czynnikiem budującym poczuciem wartości dziecka jest docenienie ze strony ojca. Mama, doceniając dziecko, chwaląc je za coś, nie jest w stanie tak zbudować jego poczucia własnej wartości, jak robi to ojciec. Pomyślmy więc, jakie zadanie stoi przed ojcami.

Jak to robić? Jak powierzać obowiązki? Stara szkoła proponuje zacząć od zlecania posyłkowego. Krótko mówiąc: masz tu grabie, zbierz to i to, w taki a taki sposób i żeby to wyglądało tak i tak. A jak coś będziesz robił źle, to przyjdę, przejmę pałeczkę i to poprawię. Zlecanie posyłkowe nie jest powierzeniem odpowiedzialności za dany zakres pracy do wykonania – odbywa się pod patronatem, nadzorem. Stanowi jednak dobry start w rozwoju dziecka. Z czasem będzie można pozwolić mu na to, żeby wykonało pracę po swojemu. Nawet po to, żeby doświadczyło błędu i zrozumiało, że jego sposób nie zawsze jest najlepszy. Jak wiemy, to właśnie wolność w wyborze sposobów i metod najkorzystniej wpływa na rozwój dziecka.

Jako tata wciąż mało doświadczony chętnie korzystam z cudzych doświadczeń. Natrafiam na nie np. w książkach. Jedną z nich jest „7 nawyków skutecznego działania” Stephena Coveya. Traktuje ona głównie o rozwoju osobistym, sytuacjach w biznesie i relacjach na linii pracodawca-pracownik, ale znajduje się w niej też wiele historii z morałem, które łatwo możemy przełożyć na nasz ojcowski grunt. Akcja tej krótkiej opowiastki ma miejsce podczas wpólnego posiłku przy stole, kiedy rodzina dzieli się obowiązkami.

Mój kilkuletni syn podjął się opieki nad trawnikiem. Zanim przekazałem mu tę pracę, odpowiednio go poinstruowałem. Chciałem, aby miał jasny obraz, jak wygląda dobrze zadbany trawnik.

-Spójrz synu. Widzisz jaki czysty i zielony jest trawnik naszych sąsiadów? My również chcemy, aby nasz też tak wyglądał. Aby to osiągnąć, możesz użyć dowolnych sposobów z wyjątkiem malowania zieloną farbą. Możesz użyć grabi, wiaderka, węża, spryskiwacza – nie ma znaczenia czego użyjesz. To, na czym nam zależy, to zielony kolor trawnika.

-Zgoda.

-Pamiętaj, że musi być też czysty. Bez śmieci, papierków, liści, sznurków, patyków, ani wszystkiego tego, co zaśmieca trawnik. Wiesz co zrobimy? Posprzątamy część trawnika i zobaczymy jaka jest różnica.

Wzięliśmy torby i posprzątaliśmy śmieci.

-Widzisz synu? Czysty i zielony. Powierzam ci teraz odpowiedzialność nad tym zadaniem, to znaczy, że ci ufam. A wiesz kto będzie twoim szefem?

-Ty tato?

-Nie, nie ja. Ty jesteś szefem. Jesteś szefem siebie samego. Wiesz kto będzie twoim pomocnikiem?

-Kto?

-Ja będę twoim pomocnikiem, podczas gdy ty będziesz szefem. Zgadnij kto cię będzie oceniał. Ty sam. Sam będziesz oceniał swoją pracę.

-Sam siebie?

-Tak, dwa razy w tygodniu przejdziemy się dookoła domu i pokażesz mi jak wygląda trawnik. Pamiętasz jaki ma być trawnik?

-Czysty i zielony.

Trenowałem go jeszcze przez dwa tygodnie, aż uznałem że jest gotów przejąć pracę.”

W tej krótkiej opowiastce, którą przytoczyłem i do której będę się jeszcze odnosił, można znaleźć kilka wskazówek, w jaki sposób powinniśmy powierzać pracę.

Pierwsze pytanie brzmi: Jak i co wybrać? To pytanie musimy zadać sobie sami. Musimy wybrać coś, co możemy powierzyć dziecku bez obaw. Jeśli bym miał nowego mercedesa z salonu, to niekoniecznie zleciłbym wyszorowanie go mojemu czteroletniemu synowi, bo mógłby mieć kilka głupich pomysłów, których efekty mogłyby mi się nie spodobać. Myślę, że niezależnie od tego, jaki jest podział obowiązków w domu, na pewno znajdzie się kilka prac, które kilkulatek może bezpiecznie dla siebie i innych wykonać.

Przy wyborze zadania dla dziecka zawsze starajmy się wybrać taką pracę, żeby była troszeczkę ponad jego możliwości. To jest kluczowe. Już sto dwadzieścia lat temu założyciel skautingu Robert Baden-Powell zauważył, że kilkunastoletni chłopcy są w stanie wykonać niektóre zadania wojskowe tak samo dobrze, a niekiedy nawet lepiej niż dorośli mężczyzni. Wniosek z tego jest prosty – tylko praca powyżej możliwości rozwija. Praca, która nie wymaga niczego ponad moje możliwości, nie wnosi wiele do mojego życia i bardzo szybko staje się rutyną.

Musimy dobrać pracę do możliwości dziecka, przygotować się na zaakceptowanie ewentualnych defektów. Jak to zrobić?

  1. Określamy pożądane rezultaty. W historii Coveya – jaki miał być rezultat? Trawa czysta i zielona (warto dziecku te cele powtarzać). 
  2. Dajemy ogólne wytyczne. Nie chodzi o przekazanie instrukcji krok po kroku w jaki sposób to ma być wykonane, bo wtedy zabierzemy dziecku możliwość odkrycia własnej drogi do rezultatu. Pamiętajmy, że odkrywanie sposobów jest obszernym źródłem rozwoju.
  3. Określamy zasoby. W wypadku czystego trawnika to były grabie i wiaderko, a więc dostępne narzędzia i pomoce, którymi dziecko może się posłużyć.

Kolejna sprawa to sposób, w jaki będziemy rozliczać dziecko za wykonaną pracę. Zanim rozliczymy, określmy wspólnie z nim, czy dobrze wykonało powierzoną mu pracę. Wystarczy o to zapytać. „Co myślisz o tym trawniku, czy on jest naprawdę dobrze posprzątany?” W tym kontekście przypominają mi się ważne słowa prof. Jana Dudy. Powiedział coś, co bardzo zmieniło moje myślenie: „Tu nie chodzi o to, żeby nasze dzieci miały stróża na zewnątrz. One muszą mieć stróża w sobie.” Tylko rozwinięta zdolność samooceny pozwala na budowanie w dziecku tego poczucia do samopilnowania się. Bo co, jeśli ten stróż zewnętrzny zginie? Chodzi o to, by w porę wykształcić w dziecku zdolność samokontroli.

Jest też bardzo ważne, żeby określić kryteria tego rozliczania. Od tego się nie ucieknie, kiedyś trzeba je ustalić. Najpierw ustalamy kryteria, a później rozliczamy. Myślę, że każdy z nas jest w stanie przywołać jakąś nieprzyjemną sytuację ze swojego życia, kiedy dostał zleconą pracę, wykonał ją, a później okazało się, że kryteria oceny były inne. Nie chcemy tego dla naszych dzieci.

Ostatnią rzeczą są konsekwencje. Wśród nich są te dobre i te złe. Pozytywna konsekwencja to wynagrodzenie. Musimy dopilnować, żeby dziecko zostało nagrodzone za dobrze wykonaną pracę. Ono czuje tę potrzebę wynagrodzenia, zwłaszcza wynagrodzenia przez ojca.

Mogą się pojawić również złe konsekwencje. To znaczy, że w przypadku niewykonanej pracy trzeba uświadomić dziecku, że postąpiło niewłaściwie, że umówiliśmy się z nim tak i tak, a ono zrobiło inaczej. Według mnie wystarczającą konsekwencją dla dziecka ze źle wykonanej pracy jest zrozumienie tego, że zawiodło. Wydaje mi się, że więcej nie trzeba. Kiedy zobaczymy, że trawnik jest nieposprzątany, porozmawiajmy z dzieckiem osobiście. Można na przykład powiedzieć: „Umawialiśmy się troszkę inaczej. Dlaczego tego nie zrobiłeś?” Dziecku robi się wtedy z automatu przykro i to już wystarczy do poczucia negatywnych konsekwencji. Nie chcemy naszych dzieci katować reprymendami. Cały czas chodzi nam przecież o ich rozwój i budowanie samokontroli.

Podsumujmy – jak powierzać? Określamy:

  • rezultaty: zielony i czysty.
  • wytyczne: możesz to robić jak chcesz, oprócz malowania.
  • zasoby: masz grabki, wiaderko i spryskiwacze.
  • rozliczenie: budujemy postawę samokontroli, samorozliczenia. Określmy również czas tego rozliczenia, czyli na przykład raz w tygodniu przejdziemy się i zobaczymy, czy trawnik jest zielony.
  • kryteria: jeśli trawnik nie będzie zielony lub będzie zaśmiecony, to znaczy, że praca jest wykonana źle.

Co w przypadku, jeśli dokonaliśmy złego wyboru? Jeśli wybraliśmy niewłaściwe zadanie? Zawsze mamy prawo do tego, by obustronnie tę umowę rozwiązać. Musi to się jednak odbywać w takim duchu, który wyeliminuje poczucie klęski. Jeśli tata powierza mi obowiązki i nagle mi je zabiera, to dla mnie jest bardzo ważny sygnał, że nie podołałem. Myślę, że małe dzieci nie odczuwają tego tak intensywnie, ale wraz z wiekiem to może naprawdę prowadzić do poważnych kryzysów. Zatem krok, który zakłada wybór powierzonego obowiązku, jest bardzo istotny, bo źle przeprowadzony może prowadzić do emocjonalnego zranienia.

Może się też zdarzyć tak, że będziemy musieli ten obowiązek jednostronnie odebrać. W ostatecznych przypadkach jest to rozwiązanie dopuszczalne, ale rekomenduję drogę, którą nazywam towarzyszeniem. Skoro dziecko nie jest w stanie samo poradzić sobie z jakimś obowiązkiem, to wystarczy mu pomóc. Ta historia właśnie o tym mówi, jak powinna wyglądać postawa ojca, który zlecił pracę lekko ponad siły.

Wspomniałem, że odbieranie tych obowiązków na pewno wiąże się w jakiś sposób z krzywdą wobec dziecka. Jak do tego nie dopuścić? Trzeba towarzyszyć. Nie mam jednak na myśli towarzyszenia interwencyjnego. To, co zapamiętałem z moich studiów, można określić jako dwie szkoły. Jedną określiłbym słowami „niech się sparzy”, a drugą „niech się absolutnie nie parzy”. Pierwsza powoduje, że dziecko jest nieraz stawiane w sytuacji niebezpiecznej, a druga, że ze względów bezpieczeństwa blokujemy wszystkie bodźce, które mogą stymulować rozwój dziecka. Najważniejsze to być przy dziecku – zauważać, kiedy sobie radzi i wspierać, kiedy coś je przerasta.

Jeden ze znanych pedagogów, ks. Bosko, opracował coś, co nazywa się stałą asystencją. Do tego właśnie chciałem nawiązać – towarzyszenie absolutnie nie może być interwencyjne, bo to już powoduje poczucie porażki. U dziecka wtedy pojawia się myśl: „Tata przyszedł i zrobił pracę za mnie, czyli sobie nie poradziłem”. Ale jeśli to towarzyszenie jest od początku i jest konsekwentne, to możemy być pewni, że zauważymy tego efekty. Wydaje mi się, że jest to rzecz najtrudniejsza, ale zarazem przynosząca największe owoce. To jest ten czas, którego dziecko potrzebuje, 1 na 1 z tatą.

Na koniec chciałbym przytoczyć historię, która w pewien sposób usprawiedliwia to powierzanie prac trochę powyżej możliwości. Jest to historia o kredycie zaufania, a jej bohaterem jest Andrzej Kmicic tudzież Babinicz. Nie chodzi tu o słynny pojedynek na szable, tylko o to, co nastąpiło potem. Pan Wołodyjowski uderza w konkury do wybranki Kmicica, Oleńki, i zostaje odrzucony. Choć wygrał walkę na szable z Kmicicem, to przegrał, jeśli chodzi o serce osoby, w której się zakochał. Udaje się więc do Kmicica w pewnego rodzaju poczuciu obowiązku wobec wyższych wartości. Ma dwa listy zapowiednie, czyli coś, co dla Kmicica było bardzo cenne. Te listy pozwoliły mu zamknąć temat swojej przeszłości i procesów, które nad nim wisiały. Zezwalały mu udać się na wojnę i w ten sposób odkupić swoje winy, których był świadom. Kiedy przyjeżdża do Kmicica, następuje rozmowa. Wołodyjowski mówi bardzo konkretnie i zaczyna od wyliczenia przewin Kmicica. Jak wiemy, to był straszny zawadiaka i te krzywdy, które on uczynił innym (m.in. spalenie Wołmontowiczów) były rzeczywiście wyraźne. Potem mówi o obecnej sytuacji. Wyciąga listy i mówi Kmicicowi, że dostaje możliwość zrehabilitowania się i odkupienia swoich win, ale jednocześnie zaznacza, że to od niego zależy, czy mu ten list da czy nie. To wtedy padają słynne zdania: "A waćpan co uczynisz?" "A ja waszmości ten list oddaję." Nie wiem czy można to łatwo zauważyć, ale to jest moment, w którym Kmicic zmienia swoje życie. On już przestaje być egoistą, pyszałkiem. Zaczyna służyć wyższemu dobru. To nie moment zakochania się w Oleńce zmienił jego życie, tylko chwila, w której Wołodyjowski dał mu kredyt zaufania.

Ta historia usprawiedliwia moją zachętę do tego, żeby rozważyć, czy nie warto w niektórych przypadkach dać dzieciom kredyt zaufania.

 
Oceń ten artykuł:
brak ocen dla tego artykułu
średnia ocena: 4.9- liczba głosów: 7

Komentarze

Wesprzyj Tato.Net
Przekaż 1,5% podatku