Ojcowie na froncie edukacyjnym

Jaki model edukacyjny wybrać dla swoich dzieci? To zawsze jest trudne pytanie. Konsekwencje tego wyboru często są znaczące i ewentualne popełnione błędy mogą być trudne do naprawienia. Myślę, że pierwszą rzeczą, od której warto rozpocząć, to odpowiedź na pytanie „czym trzeba się kierować w wyborze szkoły dla dziecka?” Są z nami dwaj paneliści: Jacek Weigl i Piotr Herman. To są ludzie, którzy mają bardzo ciekawe doświadczenia, jeśli chodzi o kształcenie dzieci. Zacznijmy od Jacka. Jest to człowiek,  który uważa, że edukacja dzieci jest w naszych rękach i postanowił sam zakładać szkoły.   Cieszę się bardzo, że możemy dzielić się doświadczeniem i wzajemnie słuchać swoich przemyśleń. Dla mnie najważniejsze było to, żeby mój adoptowany syn miał wartościowych rówieśników a szczególnie nauczycieli, którzy przekażą mu te same wartości, które są obecne w naszym domu, czy w kościele. Dlaczego było to dla mnie ważne? Żeby nie doprowadzić do pewnego rodzaju schizofrenii. Wynika ona z tego, że przez wpływ różnych środowisk inaczej zachowujemy się w jednym miejscu, a zupełnie inaczej w drugim. Udajemy inną osobę tu, a inną tam. To później sprawia, że jako mężczyźni nie jesteśmy zintegrowani, a nie mam zamiaru zafundować mojemu synowi tego, co ja odziedziczyłem po naszych szkołach publicznych. Szukałem placówki, w której nauczyciele, a szczególnie wychowawca, ma te same wartości co ja. To było dla mnie kluczowe. Kolejna sprawa – nauczyciel. Szukałem osoby, która uczy myślenia, a nie odtwórczości. W biznesie zauważyłem, że najlepsze są osoby, które myślą, a nie powtarzają. Umiejętność myślenia nie do końca jest dziś kształtowana wśród naszej młodzieży. Pani przekazuje informacje, sprawdza je potem testem czy klasówką i to wszystko, a przecież nie o to tu chodzi. O ile kiedyś dostęp do wiedzy był mały i przez to była bardzo droga, to w tej chwili mamy jej zalew. Możemy włączyć internet, wpisać jakiekolwiek hasło i dostajemy setki tysięcy wyników. Mamy za to niewiele osób, które potrafią te informacje przetwarzać wybiórczo, szukać odpowiednich wiadomości i integrować je. Nie zadają sobie często pytania kto mówi, dlaczego to mówi i w jakim kontekście. Nie rozwija to więc myślenia. My oglądając telewizję, słuchając radia czy czytając gazety, patrzymy na informację, jako na pewnik. Rzadko kiedy zastanawiamy się dlaczego ta informacja została wyprodukowana i przez kogo. Chciałbym dlatego, żeby moje dzieci nauczyły się zwyczajnie myślenia. Nauczyły się twórczości, a co za tym idzie podążania za swoimi marzeniami. To jest kolejna rzecz. Szukałem takiej szkoły, która rozwija talenty i mocne strony moich dzieci, a nie która uczy, jak być przeciętnym. Mój syn w zerówce (na początku posłałem go do szkoły publicznej) był porównywany do dziewczyn. Wiemy przecież, że chłopcy w wieku 6 lat, są dwa lata ‚do tyłu’ względem rówieśniczek. Bierze ich przez to nerwówka, że są porównywani w szlaczkach, czytaniu czy pisaniu, a w ogóle to najlepiej niech się zachowują cicho, jak dziewczynki. Dlatego zaczynają denerwować ich te dziewczynki i panie, które im wszystko każą. Posyłając swojego syna do zerówki, w rozmowie z nauczycielami chciałem zwrócić uwagę na odkrywanie talentów mojego syna. Chciałem wspólnymi siłami rozwinąć jego mocne strony. Bo w biznesie liczy się to, co człowiek może zrobić w najsilniejszej swojej dziedzinie, a nie w najsłabszej, która będzie porównywana do innych. W związku czym oczekuję, że pani go przygotuje do rynku pracy, a nie do własnych wyobrażeń. Poza tym uważam, że panie w ogóle nie powinny porównywać nikogo, chyba że porównuje się mojego syna do niego samego sprzed roku, wtedy on jest zawsze zwycięzcą. Wtedy mu się chce, bo ma wiarę, że coś osiągnął, że mu się udało, i… Czytaj więcej »

Jaki model edukacyjny wybrać dla swoich dzieci? To zawsze jest trudne pytanie. Konsekwencje tego wyboru często są znaczące i ewentualne popełnione błędy mogą być trudne do naprawienia. Myślę, że pierwszą rzeczą, od której warto rozpocząć, to odpowiedź na pytanie „czym trzeba się kierować w wyborze szkoły dla dziecka?”

Są z nami dwaj paneliści: Jacek Weigl i Piotr Herman. To są ludzie, którzy mają bardzo ciekawe doświadczenia, jeśli chodzi o kształcenie dzieci. Zacznijmy od Jacka. Jest to człowiek,  który uważa, że edukacja dzieci jest w naszych rękach i postanowił sam zakładać szkoły.

 

Cieszę się bardzo, że możemy dzielić się doświadczeniem i wzajemnie słuchać swoich przemyśleń. Dla mnie najważniejsze było to, żeby mój adoptowany syn miał wartościowych rówieśników a szczególnie nauczycieli, którzy przekażą mu te same wartości, które są obecne w naszym domu, czy w kościele. Dlaczego było to dla mnie ważne? Żeby nie doprowadzić do pewnego rodzaju schizofrenii. Wynika ona z tego, że przez wpływ różnych środowisk inaczej zachowujemy się w jednym miejscu, a zupełnie inaczej w drugim. Udajemy inną osobę tu, a inną tam. To później sprawia, że jako mężczyźni nie jesteśmy zintegrowani, a nie mam zamiaru zafundować mojemu synowi tego, co ja odziedziczyłem po naszych szkołach publicznych. Szukałem placówki, w której nauczyciele, a szczególnie wychowawca, ma te same wartości co ja. To było dla mnie kluczowe.

Kolejna sprawa – nauczyciel. Szukałem osoby, która uczy myślenia, a nie odtwórczości. W biznesie zauważyłem, że najlepsze są osoby, które myślą, a nie powtarzają. Umiejętność myślenia nie do końca jest dziś kształtowana wśród naszej młodzieży. Pani przekazuje informacje, sprawdza je potem testem czy klasówką i to wszystko, a przecież nie o to tu chodzi.

O ile kiedyś dostęp do wiedzy był mały i przez to była bardzo droga, to w tej chwili mamy jej zalew. Możemy włączyć internet, wpisać jakiekolwiek hasło i dostajemy setki tysięcy wyników. Mamy za to niewiele osób, które potrafią te informacje przetwarzać wybiórczo, szukać odpowiednich wiadomości i integrować je. Nie zadają sobie często pytania kto mówi, dlaczego to mówi i w jakim kontekście. Nie rozwija to więc myślenia. My oglądając telewizję, słuchając radia czy czytając gazety, patrzymy na informację, jako na pewnik. Rzadko kiedy zastanawiamy się dlaczego ta informacja została wyprodukowana i przez kogo. Chciałbym dlatego, żeby moje dzieci nauczyły się zwyczajnie myślenia. Nauczyły się twórczości, a co za tym idzie podążania za swoimi marzeniami.

To jest kolejna rzecz. Szukałem takiej szkoły, która rozwija talenty i mocne strony moich dzieci, a nie która uczy, jak być przeciętnym. Mój syn w zerówce (na początku posłałem go do szkoły publicznej) był porównywany do dziewczyn. Wiemy przecież, że chłopcy w wieku 6 lat, są dwa lata ‚do tyłu’ względem rówieśniczek. Bierze ich przez to nerwówka, że są porównywani w szlaczkach, czytaniu czy pisaniu, a w ogóle to najlepiej niech się zachowują cicho, jak dziewczynki. Dlatego zaczynają denerwować ich te dziewczynki i panie, które im wszystko każą.

Posyłając swojego syna do zerówki, w rozmowie z nauczycielami chciałem zwrócić uwagę na odkrywanie talentów mojego syna. Chciałem wspólnymi siłami rozwinąć jego mocne strony. Bo w biznesie liczy się to, co człowiek może zrobić w najsilniejszej swojej dziedzinie, a nie w najsłabszej, która będzie porównywana do innych. W związku czym oczekuję, że pani go przygotuje do rynku pracy, a nie do własnych wyobrażeń. Poza tym uważam, że panie w ogóle nie powinny porównywać nikogo, chyba że porównuje się mojego syna do niego samego sprzed roku, wtedy on jest zawsze zwycięzcą. Wtedy mu się chce, bo ma wiarę, że coś osiągnął, że mu się udało, i przez to zwyczajnie ma chęć chodzić na lekcje.

Dlaczego już w czwartej klasie większość chłopców nienawidzi szkoły? Bo ten system jest chory. Zaczynam przyglądać się ministerstwu i zadawać pytania różnym ministrom – dlaczego wasze dzieci nie są w szkołach publicznych? Dlaczego nie wierzycie w ten system, który prowadzicie? To są trudne pytania, ale uważam, że one powinny zabrzmieć. Po prostu ktoś tutaj gra. Ktoś chce wychować przeciętnych ludzi, a ja nie chcę przeciętnego syna. Ja mam wyjątkowego syna.

Później, kiedy rodziły się pozostałe dzieci z naszej piątki, szukałem dla nich szkoły, która będzie odpowiadała zarówno moim wartościom, jak i rozwijała kulturę myślenia, tworzenia. Będzie wzmacniała silne strony, jak i kształtowała charakter w duchu chrześcijańskim, bo nie wyobrażam sobie, żeby odkręcać pewne światopoglądowe niejasności przyniesione ze szkoły, kiedy wracam wieczorem po pracy. Nie po to posyłam tam syna, żeby uważał na to, co jest mówione, tylko po to, żeby się rozwijał, żeby szanował nauczyciela i traktował go jako, nazwijmy to idola. Kogoś, komu się wierzy, komu można zaufać.

Jeżeli jest szkoła bez Boga, wówczas jest to szkoła bezbożna. Ja jestem osobą wierzącą i chcę, żeby kontekst Boga był w codziennym życiu. W poniedziałek, środę, czwartek, a nie tylko co tydzień na mszy. Nie uważam, że mój syn ma być schizofrenikiem, który inaczej będzie się zachowywać na tygodniu, a inaczej w niedzielę.

To były główne powody, dla których szukałem rozwiązania i później założyłem szkołę, bo nie znalazłem takiej, która spełniałaby według mnie te podstawowe wymagania. Wymagania czysto logiczne, wręcz biznesowe. Jako biznesmen i wierzący szukałem dla mojego syna właśnie takiej alternatywy. A jak Piotr?

 

Naszą córkę posłaliśmy do jednej z najbliższych szkół w naszym rejonie. Tam ona i jej siostry uczyły się przez parę lat. Niestety tak jak Jacek zauważyłem, że musiałem potem odkręcać pewne tematy. Takim kuriozum był według mnie moment, kiedy w pewną sobotę pomagałem dziewczynom w matematyce. Dodam, że jestem magistrem inżynierem po telekomunikacji na Politechnice Warszawskiej, stąd pewne zacięcie do przedmiotów scisłych. Kiedy tłumaczyłem córeczce, żeby w równaniu postawiła nawiasy, bo choć nie są niezbędne, to przejrzystość zapisu będzie większa i nie będzie ryzyka że się pomyli, to powiedziała „nie tato, tu się nie stawia nawiasu, bo pani nie każe stawiać nawiasu”.  To był problem, żeby przyjąć moją radę z autorytetem. Nie byłem dla niej autorytetem w matematyce czy innych dziedzinach nauki. Ten autorytet został złożony, a w naszym przypadku oddany nauczycielom w szkole. Widziałem, że coraz mniej mamy do powiedzenia w kluczowych tematach edukacji.

Dzisiaj wychowujemy dzieci w domowym nauczaniu. Wszystkie cztery córki są kształcone w tej formule, same studiują, uczą się. Szesnastoletnia Magda jest w liceum i szczerze mogę powiedzieć, że tak, jak ona się uczy, to ja tak się uczyłem dopiero na studiach przed sesją. Ona za to robi tak już w sposób regularny. Szuka tej wiedzy z różnych źródeł, regularnie wykonuje rozmaite zadania i robi to wszystko w domu. Zdecydowaliśmy się, aby dzieci podjęły naukę w domu, a momentem, który nas do tego zachęcił, była chwila, kiedy córka najmłodsza, Ania zapytała mamę. „mamo, a czemu ty nas nie uczysz?” Warto dodać, że Iza, moja żona, opiekuje się domem. Nie chodzi do pracy, tylko pracuje w domu, stąd jest dostępna w ciągu dnia. To pytanie córeczki było bodźcem do tego, żebyśmy szukali tej nowej formuły nauczania odpowiedniej dla nas.

Jacek wspominał, że założył szkołę. Ja nie miałem tyle pary, pomysłowości, ale też zacząłem szukać rozwiązań. Dlaczego? Bo okazuje się, że mamy wybór. Tak jak ja dzisiaj zdecydowałem się założyć na spotkanie z wami zielone skarpetki. Zobaczyłem je dzisiaj w szufladzie i korciło mnie, żeby je założyć, choć nijak nie pasują do granatu, ale taki był mój wybór. To chciałem podkreślić, że mamy wybór.

 

W pełni potwierdzam to, o czym mówią Jacek i Piotr. Moim zdaniem nie ma w Polsce szkolnictwa koedukacyjnego. Są tylko szkoły dla dziewcząt, do których przyjmuje się chłopców. To jest fakt. Feminizacja w zawodzie nauczycielskim jeszcze nie jest rekordowa, ale jest na poziomie 80%, ale są kraje, w których jest 100% nauczycieli żeńskich. W Stanach Zjednoczonych są już takie programy, które mówią „przywróćmy chłopców i ich kulturę do szkół”. Bo ta kultura nie ma już tam miejsca, jest rugowana. Kiedy chłopiec w stanach przyniesie do szkoły zabawkowy pistolecik, to podnosi się krzyk i powstaje afera. Podejmuje się wtedy wobec nich ostre kroki, jak oddelegowanie ze szkoły.

Nie ma przyzwolenia na kulturę chłopców, natomiast kobiety, nauczycielki, są absolutnie otwarte na kulturę dziewcząt i chłopcy bardzo szybko przekonują się, że ta szkoła nie jest dla nich. Jest to miejsce, w którym trzeba być tylko grzecznym jak dziewczynki. Potem, kiedy Amerykanie analizowali ten system szkolnictwa, to rezultat był podobny jak w Polsce, a mianowicie chodzi o odsetek kobiet kończących wyższe uczelnie. U nas jest to około 70%, podobnie jest w Stanach. Powstaje pytanie – gdzie są ci chłopcy? Kiedy zaczyna się podstawówka, to tych dzieci jest mniej więcej pół na pół. Ale kiedy docieramy do studiów wyższych, to liczba chłopców drastycznie spada. Co się z nimi po drodze dzieje? Co zrobić, żeby szkoły były dla chłopców? W Polsce jest dokładnie ten sam problem. Jak macie synów, to oni wam powiedzą, że to nie jest miejsce, w którym można normalnie funkcjonować.

 

Kiedy chłopiec jest w czwartej – piątej klasie, to jego rozwój psychiczny dogania dziewczynki i mogłby nawet je przeskoczyć, ale mu się nie chce, bo brak mu motywacji. Wystarczy stworzyć system, w którym chłopcy są dowartościowani, mają wystarczającą ilość wf-u i innych aktywnych ćwiczeń, albo nawet wystarczy dać takiego miśka do zgniatania – chodzi tu tylko i wyłącznie o troszkę więcej impulsywności.  Wiecie jak nasz mózg funkcjonuje? Wystarczy, że co 10 minut wypijesz jeden łyk wody i znowu wraca koncentracja. Ale nauczycielki nie chcą, żeby rozlewać, dlatego nie pozwalają pić na zajęciach. Niech na jakiś czas tą wodę rozleje i co z tego? Rozleje to wyschnie, jaki to problem.

Zachęcam rodziców, a szczególnie mężczyzn do odwagi. Uważam, że twoje dziecko – twoja odpowiedzialność. Nie zrzucaj winy na ministra, prezydenta, kuratorium, szkolnictwo. W tej chwili jest taki system, że możesz sam zdecydować, czy uczysz w domu, czy uczysz w szkole niepublicznej, czy publicznej. Co ciekawe, w Warszawie mamy już 50% szkół niepublicznych, które oferują różne rodzaje kierunków nauczania. Są różne sposoby, tylko musimy być świadomi wyboru.

Ja posłałem mojego syna do najlepszej szkoły podstawowej na Ursynowie, która teoretycznie słynęła z wysokich wyników, ale na lekcjach zawsze dwóch ancymonów przynosiło świerszczyki. W zerówce. Kiedyś takie rzeczy bywały w liceum, ale nie w zerówce. Pomyślałem sobie co tych dwóch małych kolesi ma w głowie, jeżeli oni już w tym wieku to robią i demoralizują rówieśników. Spytałem wychowawczynię:

-„Co pani na to, co pani w tym temacie zrobi?”

-„Co mogę zrobić, mam 25 uczniów”.

-„Jak pani nic nie zrobi, to pani powinna się zwolnić”. Powiedziałem jej wprost i tego dnia zabrałem syna, bo to nie miało sensu. Nie będę bawił się z kimś, kto mówi, że jest bezradny. Bezradnych ludzi się zwalnia, nie jest tak w firmach? Trzeba twardo stąpać po ziemi.

Każda szkoła jest inna, ale zasada powinna być jedna – szkoły i dyrektorzy muszą mieć wizję. Zapytajcie na początku dyrektora do czego zmierza. Nie na papierze, tylko w oczy – czy ma wizję dla szkoły? W firmach to jest oczywiste. Jaka jest wizja dla twojej firmy? Co chcesz osiągnąć? Tak samo to funkcjonuje dla każdego zespołu czy projektu. Najpierw musi być wizja, strategia, plan organizacyjny. Później stopniowe osiąganie tych celów i weryfikacja, czy udało ci się je w pełni osiągnąć. To samo powinno być w szkołach. To są bardzo proste zasady.

Dyrektorzy. Z reguły dyrektorzy to nauczyciele, tylko z dłuższym stażem w edukacji. Są nauczeni tego chorego systemu i są w układzie nauczycielskim. To my, jako rodzice i biznesmeni możemy ich nauczyć takich podstawowych rzeczy dotyczących komunikacji, rozwiązywania konfliktów, strategii, budowania zespołu, budowania misji szkoły i osiągania celów. Kluczem w tym jest współpraca z rodzicami, która nie może ograniczać się do piętnastu minut rozmowy na wywiadówkach, tylko do pełnej wymiany informacji o tym, co się dzieje w szkole. W pewnym gimnazjum na Stegnach zrobiliśmy ankietę o seksualności wśród dziewczyn i chłopców. Wyszło, że ponad 50% dzieciaków współżyło. Przypomnę, że w gimnazjum są dzieci w wieku 12-15 lat. Pięćdziesiąt procent. W podobny sposób spytaliśmy o to rodziców i 95% z nich nie było tego świadomych.

Moim zdaniem jest olbrzymia przepaść między kulturą, w której my wyrośliśmy, a dzieciakami dorastającymi dziś. Informacje do nas nie docierają. Nie jesteśmy świadomi ilości pokus i dostępności kultury, która już weszła. To nie jest kwestia chronienia się przed tym złym zachodem, który do nas przychodzi, nie. To już jest – w Warszawie, Gdańsku, Krakowie i innych większych metropoliach. Natomiast w mniejszych miastach jest to kwestia zaledwie kilku lat przesunięcia.

Presja wywierana na nastolatku, który chce być w grupie akceptowany, jest olbrzymia. Jeżeli wszyscy robią to, a ty nie robisz, to ty jesteś ten zły, głupi i z rodziny dziwolągów. Kto z nas jest w stanie przygotwać dziecko na tyle, żeby w wieku dwunastu czy trzynastu lat miało już rozbudowaną tożsamość, swój charakter? Jest to bardzo trudne, bo te wszystkie płaty w naszym mózgu rozwijają się w pełni kiedy mamy już około 25 lat. Wtedy jesteśmy w pełni odpowiedzialni za życie. W wieku 18 – 19 lat młodzież jest już w stanie podejmować pewne decyzje i wiedzieć, jakie będą tego konsekwencje. Dzieciaki nastoletnie nie są jeszcze tego świadome i nawet nie możemy tego od nich oczekiwać. Po prostu tak jest stworzony nasz mózg.

My to wiemy, a nauczyciele tym bardziej powinni o tym wiedzieć. Powinni stworzyć pewną atmosferę wspierającą rozwój. Wiek, w którym hormony szaleją, to najlepszy czas, żeby uczynić z nich liderów, prekursorów zmian. Dzieciaki mają wtedy tyle energii, tyle pasji i myślą, że są najmądrzejsi. Więc dajmy im to udowodnić. Popełnią wtedy parę błędów, ale nauczą się, że nie są tacy mądrzy i potrzebują pomocy. Jednak jeśli będziemy ich traktowali, szczególnie gimnazjalistów, jako najgorszy, najtrudniejszy wiek, w którym dzieje się wszystko, co najgorsze, to dokładnie będzie się tak dziać.

Zacznijmy w nich wierzyć i pokazywać, że mogą sięgać po różne rzeczy. Wymaga to tylko zmiany mentalności. W pierwszej kolejności dyrektora, który zaczyna wierzyć w nauczycieli, przestaje wymagać od nich okrutnej papierologii. Dyrektora, który nie pracuje dla kuratorium, tylko dla nauczycieli i rodziców. Musi zrozumieć na czym polega świat. Klientem jego usług są rodzice, nie kuratorium. Musimy pozmieniać kilka rzeczy w mentalności. Jeśli podyskutuje się w racjonalny sposób i będzie się aktywnym w szkole publicznej to wierzę, że jest szansa zmienienia tej kultury krok po kroku.

Ja jednak na to nie miałem czasu. Postanowiłem założyć swoją szkołę, jeżdżę po kraju i gdziekolwiek ktoś chce zrobić to co ja, to mu w tym pomagam. Dzielę się za darmo swoim know-how, daję mu doświadczenie i niekiedy finanse na start. Po co? Ponieważ wierzę w to, że wszyscy, którzy są wierzący, powinni wziąć odpowiedzialność za dzieci i szkolić elitę. Ludzi, którzy będą w stanie wpływać na otoczenie. Mówiąc elita nie mam na myśli tych wyjątkowych jednostek, „płatków śniegu”, tylko ludzi, którzy są świadomi do czego są powołani i robią to. Idą naprzód, a nie patrzą na to jak tu przetrwać, jak wykombinować, jakie uniki zastosować, żeby tylko się jakoś  żyło.

 

Mamy aktywnych uczestników na sali. Są pytania.

 

-Pierwsze pytanie: Jak pogodzić rolę ojca w nauczaniu domowym w sytuacji, gdy pracujemy do wieczora i ciężko czasem znaleźć na to czas i siły?

 

-Drugie pytanie: Jak obecnie wygląda prawna sytuacja nauczania domowego?

 

Odpowiem z mojego doświadczenia. Mija właśnie czwarty rok naszego nauczania domowego. Widzę, że rok do roku ten podział ról się zmienia, ja też zmieniam swoje zaangażowanie. Wygląda to następująco. Rano jemy śniadanie, a o ósmej siadamy do lekcji. Ja jestem wtedy jeszcze przed pracą i z dziewczynami robię matematykę. Wieczorem to żona częściej im towarzyszy, przy czym wieczorami, przynajmniej dwa razy w tygodniu, zabieram dziewczyny na basen i to jest nasza forma wf-u. Jeśli już mówimy o sporcie, to dziewczyny same znalazły sobie wiele aktywności, stąd Marysia gra w piłkę nożną, Ania w piłkę ręczną, a Madzia w tenisa. Postanowiłem sobie wtedy, że moje zaangażowanie w ich sport będzie wyglądać tak, że będziemy regularnie chodzić razem na basen.

Nawiasem mówiąc, kiedy ojciec uczy swoje dzieci na basenie, działa to na instruktorów trochę jak płachta na byka, bo poniekąd tracą przez to chleb. Miałem raz sytuację, kiedy podszedł do mnie instruktor i spytał:

-„To pańskie dzieci?”

-„Tak, to moje dziewczyny”. Byłem z czwórką.

-„To duża rodzina” powiedział prześmiewczo i poszedł. Po chwili wraca i mówi:

-„To nie pańskie dzieci”.

Nie wiem co miał na myśli, ale ręce mi się zatrzęsły, wściekłem się straszliwie, lecz na szczęście do nieczego więcej nie doszło. Eskalowałem to tylko do dyrekcji i przeprosili mnie za to. Chciałem tą dygresją zaznaczyć, że najwyraźniej to jest dziwne dla świata, żeby tata uczył dzieci pływać. Może chcieliby, żeby to było nielegalne? Dlatego dziś założyłem zielone skarpetki, bo to jest legalne, żeby zakładać co się chce. To samo z moimi dziećmi.

Wieczorami pływamy, zimą czasami jeździmy na nartach. Jestem też dumny z tego, że nauczyłem je jeździć od zera na nartach, poza tym trenujemy też wiele innych dyscyplin. To jest moje zaangażowanie. Oczywiście, jest to zapewne kropla w morzu potrzeb. Grom ciężaru nauki dźwiga żona Iza, która w ciągu dnia pracuje z pozostałymi przedmiotami z dziewczynami. To, co nas cieszy, to że one z biegiem czasu coraz częściej podejmują samodzielną naukę. Iza jest tą, która je zachęca i po części kontroluje, ale mimo to one wiedzą, że same muszą więcej zrobić i mają do tego zapał.

(pytanie o książki)

Książki są dostępne wszędzie. Dziewczyny w ramach domowego nauczania mają legitymację szkolną, bo do wieku piętnastu lat mają obowiązek być przypisaną do szkoły. W naszym przypadku jest to szkoła Benedykta w Drohiczynie. Grom czasu poświęcamy jednak na naukę w domu, stąd ten Drohiczyn nie istnieje za bardzo w naszej świadomości. Jest to szkoła, która przekazuje mi wymagania programowe i sugeruje zestaw książek. Dlatego właśnie nie ma problemu z książkami i z dziewczynami w domu pracujemy z zestawami Operonu czy Nowej Ery.

 

Kiedy zakładałem szkołę, też kierowałem się ideą edukacji domowej. W Stanach miałem mnóstwo znajomych i inspirując się tamtejszymi wzorcami chciałem przenieść to na nasz grunt. Wtedy niestety było to jeszcze nielegalne w szkolnictwie niepublicznym, a szkolnictwo publiczne odsyłało z tą decyzją do poradni, która mówiła ‚nie’. Znałem wtedy na szczęście pewnego ministra i spytałem go o radę. Powiedział „wiesz, konstytucja ci pozwala, więc działaj, a jak przyczepi się  kuratorium to przyjdź do mnie”. Zaczęliśmy więc tę edukację domową, ponieważ to konstytucja jest najwyższym aktem legislacyjnym, a nie jakaś tam ustawa, więc w sądzie byśmy wygrali. Na szczęście nie uczepili się nas, bo umieliśmy to robić odpowiednio delikatnie i cicho, aż urosło to do poziomu kilkuset uczniów,

Każda szkoła inaczej to organizuje. Na przykład w szkole na Ursynowie tworzone są pewne kluby wokół tematyki edukacji domowej, na których spotykają się głównie mamy. Wszyscy związani z edukacją domową mogą raz w tygodniu przyjść i inspirować się wzajemnie.  Często słychać „ja znam angielski, więc będę uczyła angielskiego”. Wymieniają się tym, co potrafią. Jeżeli potrzebują czegoś od szkoły, to wtedy dajemy im na przykład szachy, czy zestaw do unihokeja.

Staramy się to wspierać, bo podstawowym zadaniem niepublicznej edukacji jest służenie rodzicom. Dużo mocniej akcentuje się tam partnerstwo rodzica ze szkołą. Jeżeli wy, jako rodzice, wychodzicie z jakąś inicjatywą, to dobry dyrektor wie, że jesteście jego klientami. W związku z tym stara się zrozumieć z czym przyszliście, w jakiej jesteście sytuacji, w jaki sposób może wam pomóc i co możecie wspólnie osiągnąć.

Jeśli chodzi o książki, to niektóre szkoły dają je za darmo. Inne organizują wyjazdy, a niektóre wspierają finansowo wszelkie inicjatywy rozwijające pasje i zainteresowania, bo jeden chce mieć rycerstwo, drugi szermierkę a trzeci konie. Patrząc na rozwiązania edukatorów domowych, w większości są to kobiety. Mało ojców podejmuje tę edukację czynnie, bo większość z nich to biznesmeni, którzy zarabiają na całą rodzinę i ich stać na to, żeby żona była w domu. A kiedy obaj rodzice pracują, to trudno wtedy o edukację domową.

 

Zmiana prawna polega na tym, że zmniejszono subwencję na dzieci, które uczą się w edukacji domowej.

To prawda, ministerstwo nie zawsze patrzy przychylnie na rozwiązania edukacji domowej, szczególnie że zdarzały się przypadki wyłudzeń. Znam sytuację, w której szkoła pobrała duże pieniądze, a uczyła fikcyjne dzieci z innego kontynentu. Prowadzę jednak 30 placówek i w pełni rozumiem problemy finansowe szkół, które starają się uczciwie sobie radzić. Papierologia jest duża, egzaminy też kosztują. Trzeba zapłacić za wszystkie tego typu rzeczy, a ministerstwo dąży do tego, żeby dotacje zmniejszać. Odbywają się oczywiście rozmowy między pozarządkówkami a ministerstwem i wszystko idzie w kierunku, żeby to wsparcie zwiększyć. Ministerstwo natomiast musi skądś mieć pieniądze i znów stara się wydatki zmniejszać. Uderzają więc właśnie w takie rejony jak edukacja domowa, bo uważają, że nie znajdą tam dużego sprzeciwu.

Na miejscu naszych edukatorów domowych skorzystałbym z obecności wielkiego brata Ameryki, gdzie takich edukatorów jest milion. Niech poproszą ich, żeby wysłali maila do naszych parlamentarzystów. Jak sto tysięcy Amerykanów napisze, to po pierwsze wszystkie skrzynki się zapchają, a po drugie zobaczą nacisk i po prostu się ugną.

To jest bardzo proste. Trzeba czasami stosować siłowe i lobbystyczne zachowania, które sprawią, że ktoś coś usłyszy. Robi się szum medialny i dopiero wtedy zaczną słuchać edukatorów domowych. Dużo gazet już pisze o edukacji domowej, bo to jest ciekawe, kontrowersyjne, a jak wiemy, coś, co wzbudza emocje, dobrze się sprzedaje. Czas więc na to, żeby edukatorzy domowi dobijali się do gazet i próbowali tego nacisku wprost. Niech opowiadają o swoich doświadczeniach, które na pewno mają wspaniałe. Znam edukatorów, których dzieci osiągają olimpiady, bo zostały rozwinięte na niesamowitym poziomie w danych dziedzinach. Znam też takich, którzy nic nie nauczyli. W zależności od tego, jaki się trafi, taki artykuł będzie w gazecie.

Przed środowiskiem edukacji domowej stoi duże wyzwanie. Prawo generalnie jest stara się być przeciwne wszystkiemu, co uczy samodzielnego myślenia. Łatwiej zarządzać ludźmi niemyślącymi niż myślącymi. Tak system zawsze był stworzony – czy to religijny, czy państwowy, czy jakikolwiek inny. Lepiej ograniczać niż wyposażać. Teraz od odpowiedzialnych ludzi zależy to, czy to zmienimy i jak na to wpłyniemy. Czy nasz głos będzie słyszalny, czy nie. Jeżeli ktoś chce coś zmienić, to trzeba pójść do głowy, czyli do ministra. Nie ma z tym żadnego problemu, tylko trzeba mieć to coś, czego często nas w szkołach pozbawili – odwagę, dzięki której pójdziemy po swoje. Ci którzy się upominają – zyskują. To działa bardzo prosto.

Co stoi naprzeciw temu, żeby wziąć listę dwudziestu najbogatszych ludzi świata i do nich pojechać? Po prostu się dobić. Potem masz miliony na projekty. To jest do zrobienia, tylko mało kto na to wpada, bo nauczono nas myślenia na sposób „nie, gdzie ja się tam dostanę”. Tak naprawdę, kiedy sam jesteś odważny, to tym samym uczysz swoje dzieci odwagi. Kiedy osiągasz pewne rzeczy, stajesz się dla nich bohaterem. I o to w tym właśnie chodzi.

 

Łowienie talentów.

 

Pierwsze pytanie dyrektora bądź wychowawcy na spotkaniu z rodzicami powinno brzmieć: „jakie są talenty twojego dziecka?”. Bo kto najwięcej wie o dziecku? Rodzic. Kiedy on powie w czym widzi jego talenty, wtedy trzeba to skrzętnie zapisać, czy będą to talenty sportowe, czy biologiczne, czy artystyczne. Dzięki temu możemy utworzyć potem w szkole całą paletę zajęć. Jeżeli dzieci czują się dobrze w muzyce, to mamy akademię Gospel. Ci rozwijający się plastycznie mają kółka garncarskie i rysownicze. Najczęściej to właśnie te dziedziny (i sport) najbardziej pociągają dzieci. To w nich są najbardziej zainteresowane, mają związane z nimi marzenia i pasje.

To jest proste do zorganizowania. Kluczem do tego jest pasjonat. Nauczyciel, który ma w sobie to  coś. Jeżdżę po różnych wspólnotach i przyglądam się nauczycielom. Patrzę tym ludziom prosto w oczy i szukam tych, w których widać błysk. Kiedy ktoś jest inżynierem chemii i chce nauczać w klasach 1-3, a oczy mu się świecą, to biorę kogoś takiego od razu. Bo jeżeli masz pasję, to tej samej pasji nauczysz dzieci.

Pamiętacie najlepszych nauczycieli? To byli ci, którym najbardziej się chciało. Nawet jeśli ktoś nie interesuje się historią, to widząc nauczyciela żywo nią zafascynowanego, opowiadającego z pasją, o wiele łatwiej się go słucha i zapamiętuje. Tak samo jest w zainteresowaniach. Jeśli w dziecku zobaczysz dryg w jakimś kierunku, to wystarczy je wysłać na tak zwane kółka. Nie mam na myśli takich kółek, które były kiedyś w szkołach i nikt na nie nie chodził, tylko takie, które tworzone są z pasją i realnie pomagają się rozwijać.

Jeżeli osiągasz sukces w jakiejś dziedzinie, to od razu chce się żyć, prawda? A jak jeszcze zostaniesz doceniony, to już w ogóle. Jak żona ci powie, że cudownie wkręciłeś nową żarówkę, to po tym możesz wkręcić ich całą masę, bo aż chce ci się żyć. Bo ktoś cię docenił. Największą potrzebą mężczyzn jest docenienie i tak samo jest u naszych dzieci.

Potrzeba docenienia jest bardzo ważna. Jak docenisz dziecko, to zobaczysz, jak ono zaczyna skakać wyżej. Dlaczego? Bo pokazałeś mu, że może skakać wyżej. Tylko pasjonat może do tego doprowadzić. Ktoś, kto jest zblazowany, nigdy cię nie doceni. Jak ktoś nie ma pasji do życia, to nie ma co liczyć, że przekaże ją tobie. Dlatego szukamy i zatrudniamy pasjonatów, bo wtedy taka szkoła idzie z impetem naprzód i rodzice są zachwyceni. Poza tym, kiedy rodzic przychodzi odebrać synka o szesnastej i wita go uśmiechnięta pani, która mówi co dziś udało się Frankowi i pokaże jego wspaniałe prace, to od razu czuć pozytywną energię. Wtedy ty oglądając je pytasz Franka „jakie piękne, co to jest?” i on zaczyna z pasją opowiadać. Jest wtedy bohaterem. Facet dostaje docenienie – chce mu się żyć. Chce mu się budować świat.

 

Autorytet

Czy dziś dzieci już nie szanują nauczycieli? Ja bym nie generalizował. Oczywiście możemy mówić o tendencjach i z nimi trudno się nie zgodzić. To prawda, że kiedyś nauczyciel był w jakiś sposó bardziej szanowany niż dzisiaj. To widać. Jest mało autorytetów, natomiast uważa, że jest to kwestia wypracowania tego w indywidualnym środowisku. Rozmawiałem kiedyś z twórcą szkoły Sternik. Tworzył ją w tym samym momencie, w którym ja tworzyłem swoją szkołę Samuel. Spytałem go na co kładzie akcent. Powiedział: „Dzieci są nieważne. Najważniejsi są rodzice”. Zaskoczyłem się na początku, ale okazało się, że był to ważny skrót myślowy. Jeżeli pokażesz rodzicom w jaki sposób patrzeć na dziecko i gdy nauczyciel zauważy autorytet rodzica, a rodzic nauczyciela, to wspólnie osiągniecie niesamowity sukces. Dziecko uczy się wzajemnego szacunku i nie powie „tata, ten nauczyciel jest głupi, znowu mi coś kazał”. Jeśli jednak już zdarzy mu się powiedzieć, że nauczyciel jest głupi, to dzwonię do tego nauczyciela zapytać się o co chodzi. Słuchasz od razu dwóch stron i najczęściej wychodzi na to, że Frankowi po prostu nie chce się pracować.

Starajmy się w takich sytuacjach rozwiązywać ten konflikt, a nie z góry przyjmować stronę dziecka. Bo kiedy weźmiesz jego stronę, może nastąpić konflikt autorytetów. Dziecko zlekceważy nauczyciela, a nauczyciel rodzica. Od początku mówimy – rodzicu drogi, jeżeli Franek mówi, że szkoła jest be, to może ma rację, ale natychmiast zadzwoń do nauczyciela i wyjaśnij to. Pomaga to budować więzi wzajemnego szacunku między rodzicami i nauczycielami.

Autorytet zawsze budujemy na więziach. Trzeba nauczyć rodziców, że kiedy rodzi się dziecko, to już można zaczynać budować więź. Jak nie zbudujesz głębokiej więzi, to dziecko nie będzie chciało ciebie w przyszłości słuchać, kiedy będzie nastolatkiem. W jaki sposób ją budować? Dziecko na początku poznaje przez dotyk, przez przytulenie, przez ciepło matki. Potem, w wieku szkolnym ważne jest, żeby dużo rozmawiać z dzieckiem, ale nie robić tego z góry. Zawsze zniż się do poziomu jego oczu, dzięki temu nie będzie speszone.

Ten kontakt wzrokowy jest bardzo ważny. Zawsze staram się, żeby syn spojrzał na mnie. Jeśli nie spojrzy, to nie zaczynam rozmowy. Dopiero wtedy można proponować różne rzeczy, na przykład:

-„Mateusz, co chciałbyś dzisiaj robić?”

-„Chciałbym z tobą pograć w fifę, tato”

Zagram z nim w tę fifę na playstation i przegram oczywiście, ale to nieważne. Ważne jest to, że on czuje, że ten czas poświęcam specjalnie dla niego. On potem przez to zainteresuje się moim życiem, ponieważ ja zainteresowałem się jego.

Jak nie zbudujesz więzi, to nie masz szans na autorytet. Tego też trzeba nauczyć nauczycieli. Kiedy dzieciaki stoją przed klasą, to podaj każdemu rękę i przywitaj się. Zobaczysz już kto jest w nastroju, a kto przeżył coś trudnego i nie patrzy ci prosto w oczy. Widzisz, że jak nastąpisz mu na odcisk, to chłopak ci dzisiaj pokaże.

Spojrzenie, dotyk, uśmiech. To nic nie kosztuje, a już buduje dużą więź na samym początku. O więziach jest całe nauczanie i myślę, że w tej dziedzinie musimy jeszcze wzrosnąć.

Pierwsza rzecz, której uważam, że powinniśmy uczyć, to komunikowania się. Bo bez właściwej komunikacji ludzie mają dwa światy i się rozchodzą. Tworzą dwie firmy zamiast jednej silnej. To wszędzie widać, że ludzie nie umieją rozwiązywać konfliktów i dogadywać się. Uważam, że taki przedmiot powinien być nawet w szkole. Jeżeli potrafimy się komunikować i budować coś wspólnie, to możemy bardzo dużo rzeczy osiągnąć. To jest dużo bardziej życiowe, niż mitoza, mejoza czy inne pierwiastki.

 

Pytanie: Co zrobić, żeby w swoim środowisku zmieniać spojrzenie na edukację domową?

Kiedy słyszę tego typu pytanie, nie widzę innej odpowiedzi niż takiej, żebyśmy dzielili się z tymi ludźmi radością życia w Chrystusie i Dobrą Nowiną. Można łapać ludzi na haczyk pieniędzy, sukcesu, zaangażowania społecznego i tak dalej. Gdzieś intelektualnie wzbudzimy jakąś falę zmian, ale według mnie będą to bardzo powierzchowne, połowiczne zmiany. Natomiast jeżeli będziemy mieli udział w towarzyszeniu ludziom w odkrywaniu Boga jako swojego ojca, Jezusa jako zbawiciela, to wówczas zobaczymy, że wszystkie ich relacje i nasze sfery życia ulegają zmianom. Nie jest to bynajmniej nasza zasługa, tylko Ducha Świętego obecnego w naszym życiu.

Papież Franciszek mówi, żebyśmy wstali z kanap i zaczęli dzielić się życiem, dzielić się Ewangelią. Dla mnie to w pewnym sensie wskazówka. Mogę powierzchniowo opowiadać o nauczaniu domowym, ale moja główna motywacja wynika z chęci podążania za Chrystusem i dzielenia się Ewangelią z moimi dziećmi, choć mówienie o tym w środowisku publicznym bywa trudne. Niedawno pani dyrektor pewnej szkoły publicznej imienia Jana Pawła Drugiego zabroniła spotkania z dyskusją na tematy chrześcijańskie. To było przerażające.

Mamy wpływ na tych ludzi. Poprzez naszą miłość, poprzez naszą przyjaźń. Mamy wpływ na kolegów, współpracowników, szefów przez to, kim jesteśmy, w jaki sposób promieniujemy Bogiem i nie chowajmy tego dla siebie. To jest ta forma zmieniania świata.

 

Pytanie: Z jakimi barierami człowiek się spotyka tworząc taką szkołę niepubliczną?

 

System generalnie broni się przed zmianami, jak charaktery, które nie chcą się zmieniać. To nie jest łatwe. Myślę że nauczyciele są ukształtowani generalnie na ekspertów. I dosyć mocno bronią tej pozycji eksperckiej. „To my wiemy, jak się naucza. W domu sobie róbcie co chcecie, ale tu w szkole jest nasza warownia”. To jest takie myślenie, które jest bardzo trudne do przebicia. Jednakowoż, ja wszedłem w ten sfeminizowany świat edukacji i co robię? Jadę sobie do kuratorium, gdzie są same panie i tu kupię czekoladkę, tu kwiatka na dzień kobiet, długo z nimi rozmawiam i opowiadam o swoich marzeniach. I te kobiety po prostu mnie lubią. Co więcej, lubią odwiedzać nasze szkoły i siedzą w tych szkołach długo, bo im się to podoba. Dlaczego tak się dzieje? Przez relacje.

Jak założyć szkołę? Bardzo prosto. Barierą jest tylko budynek. Na początku musi być wizjoner. Jeśli znajdę człowieka, który już ma jasny pomysł na szkołę, to ja w nią zainwestuję. Jeśli będzie to ktoś zdeterminowany, to wiem, że mam już 50% sukcesu.

Następna rzecz, to pytanie, czy jest to wierzący. Po prostu zależy mi na tym, żeby powstawały szkoły z kontekstem Boga na co dzień. Mimo wszystko niewierzące też wspieram, bo wtedy wierzę, że ich nawrócę. Kiedy już znajdę takiego wierzącego wizjonera, który chce założyć szkołę w swojej miejscowości, to jego głównym zadaniem jest zbadać rynek. Policzyć ile funkcjonuje przedszkoli, szkół publicznych, niepublicznych i tak dalej. Potem szuka miejsca, w którym może coś wynająć. Najlepsze są szkoły publiczne, które się wygaszają, czyli technika, zawodówki, gimnazja. Takie, które mają mało uczniów, żeby można było wynająć kilka klas. Potem można bezkosztowo zacząć prowadzić szkołę w istniejącej już placówce edukacyjnej.

Koszt jest taki, że 10 tys. zł trzeba wydać na krzesełka i stoły do klasy i szkoła gotowa. Natomiast jeżeli w lokalu usługowym, to może być to koszt od 50 do 100 tysięcy za przekształcenie z usług zwykłych na usługi edukacyjne. Potem sanepid musi sprawdzić, czy nasza szkoła spełnia wymogi wysokości, powierzchni i tak dalej. Procedura rejestracji lokalu na potrzeby edukacyjne trwa zazwyczaj od pół do półtora roku. Wszystko zależy od tego, jak mocno popychasz urzędy i jakie masz znajomości. Tak to mniej więcej wygląda, a znaleźć nauczycieli to nie problem. Bo jeśli za sterem masz pasjonata i wizjonera, to nauczyciele sami się znajdą.

Redakcja Tato.Net

Autor

Redakcja Tato.Net

Zaangażowane ojcostwo znacząco wpływa na zmniejszenie przestępczości.

Współfinansowane ze środków ministerstwa