Ojcostwo wyszło z jaskini

Pamiętam jak z kuzynostwem skradaliśmy się w okolice stołu biesiadnego, gdzie choć przeganiani, łapaliśmy skwapliwie żarty i krotochwilne opowieści dostojnych dziadków czy rubasznych wujków. Pamiętam jak ważni byliśmy, kiedy awansowaliśmy do zaszczytu zasiadania między dorosłymi, choć jeszcze bez prawa głosu, by nie przeszkadzać.

Kiedy znajomy proponował swoim kolegom udział w warsztatach dla ojców prowadzonych przez Inicjatywę Tato.Net, często słyszał coś co można w skrócie streścić tak: „…pradziadek jakoś wychował swoje dzieci, mój dziadek potrafił wychować i mój ojciec sobie poradził ze mną, a wszyscy bez żadnych kursów – to i ja dam radę i nie musze się szczególnie dokształcać…”. W zasadzie powyższe jest oczywistą kwestią, jednak gdy się temu głębiej przyjrzeć oraz zastanowić, to powstaje szczególna refleksja.

Otóż od zamierzchłych dziejów ludzkości prowadzone były szeroko zakrojone warsztaty, także dotyczące tego jak być ojcem. W moim przekonaniu działo się to w czasach „jaskiniowców”, w puszczach, na stepach, pod namiotami, w kasztelach, zamkach i pałacach. Lubię myśleć, że wspólną dla tych szkoleń była mimo upływu lat i rozwoju cywilizacji okoliczność ognia. Często lub prawie zawsze działo się to przy ognisku. Zasiadali wokół niego członkowie plemienia czy rodu, opowiadali, dzielili się wspomnieniami, planowali swą przyszłość. Młodzi chłopcy, którzy uciekali matkom by siedząc na granicy ciemności i ogniskowego ciepła, z daleka i nieśmiało przysłuchiwać się opowieściom tych starszych, bardziej uprawnionych. Młodzieńcy, tacy narwani, pewni, że są gotowi do najniebezpieczniejszych nawet działań. Dorośli mężczyźni obliczający swoje siły i zamiary na możliwości. I w końcu starszyzna, dziadkowie o statusie mędrców, którzy potrafią słuchać i obserwować by w końcu proponować mediacje, pokojowe rozwiązania lub spokojne działanie.

Czy nie jest tak, że jedni potrzebowali drugich? Że sami młodzieńcy nic by nie zdążyli w swym życiu osiągnąć, bo porażka pojawiłaby się szybciej niż ich działanie? Że dojrzali mężczyźni mogliby nie znaleźć w sobie tyle wigoru i mądrości, by zebrać się w drogę? I że w końcu mędrcy mogliby nie mieć możliwości przekazywania swojej wiedzy oraz weryfikowania jej w działaniu gdyby nie było tych pierwszych? Tak, przekonany jestem, iż to były pierwsze warsztaty męskiej rozwagi i rozsądku a także ojcowskiej, troskliwej odpowiedzialności. To właśnie tam i w taki sposób można było bawić się, uczyć, weryfikować swoje poglądy oraz mierzyć się z innymi na zdania czy pomysły.

Myśląc o tym uświadomiłem sobie, że także i ja w swym dzieciństwie miałem możliwość brania udziału w podobnym „procederze”. Co prawda nie było już możliwym zasiadanie przy ognisku czy kominku nawet, ale takie spotkania miały miejsce podczas uroczystości rodzinnych. Pamiętam jak z kuzynostwem skradaliśmy się w okolice stołu biesiadnego, gdzie choć przeganiani, łapaliśmy skwapliwie żarty i krotochwilne opowieści dostojnych dziadków czy rubasznych wujków. Pamiętam jak ważni byliśmy, kiedy awansowaliśmy do zaszczytu zasiadania między dorosłymi, choć jeszcze bez prawa głosu, by nie przeszkadzać. No i ten moment, gdy można było się w końcu odzywać i próbować wymądrzać, co denerwowało ojców, śmieszyło wujków i powodowało stateczne kiwanie głowami u dziadków. To tam i wtedy można było weryfikować swoje przemyślenia. Dopytywać się o zdanie tych dorosłych oraz szukać rady u seniorów rodu. Dziś wiele z tego co robię i jak się zachowuję mogę odnaleźć pamięcią w postawach i zachowaniu członków mojego „rodzinnego plemienia”.

Teraz wiem, czemu tak bardzo lubiłem spotykać się z kolegą o 15 lat starszym i bardziej doświadczonym życiowo, posiadającym rodzinę i trudności z wychowywaniem dorastających dzieci. Pytałem, słuchałem, podejmowałem próby wprowadzania w życie tego, co proponowane. Kiedy zorientowałam się, że po jakimś czasie ja jestem kimś takim dla kilkanaście lat młodszego mężczyzny wchodzącego w życie małżeńskie i ojcowskie, uświadomiłem sobie, że przesiadłem się przy ognisku na inną pozycję, i mam teraz możliwość towarzyszyć człowiekowi oddając, co wcześniej otrzymywałem.

Boję się, że dziś, kiedy nie ma wielopokoleniowych spotkań rodzinnych, o charakterze biesiadnym wokół małego stołu w ciasnych mieszkaniach trudno mówić o tym, że sami, intuicyjnie poradzimy sobie z wyzwaniami bycia mężczyzną, a tym bardziej ojcem. Warsztaty czy udział w projektach mających na celu zasiadanie przy „ognisku wiedzy i wymiany doświadczeń” wydają mi się teraz czymś, co jedynie zastępuje to co od wieków robiliśmy jako ludzie jaskiń, szałasów, zamków czy mieszkań w blokach z wielkiej płyty. Przekonany jestem, iż mężczyźni w różnym wieku powinni spotykać się ze sobą, rozmawiać, wymieniać doświadczeniami, planować działania, omawiać sukcesy lub porażki. Od pewnego czasu z innym nastawieniem pojawiam się na męskich spotkaniach (Ojcowski Klub, warsztaty dla ojców, męskie Msze św. czy choćby wyjścia do kina w męskim gronie), gdyż traktuję je jako zaszczyt i dar zasiadania przy wspólnym ogniu.

Redakcja Tato.Net

Autor

Redakcja Tato.Net

Zaangażowane ojcostwo znacząco wpływa na zmniejszenie przestępczości.

Współfinansowane ze środków ministerstwa