O powierzaniu obowiązków dzieciom

Pierwszym narzędziem, które przychodzi mi na myśl w kontekście powierzania odpowiedzialności dzieciom, są grabie. Dlaczego te grabie? Kiedyś jesienią sprzątałem ogród wokół domu i jeden z moich chrześniaków w wieku przedszkolnym przybiegł do mnie na dwór z grabiami. Nie wiem skąd je wziął, widocznie były słabo schowane. Wyciągnął grabie i zaczął te kupki liści, które ja tak skrzętnie uprzątnąłem, rozwalać.

Na początku byłem zły, bo zniszczył moją pracę, ale spojrzałem na to z innej strony. Uświadomiłem sobie w wtedy, że tego chłopaka, czterolatka, po prostu pociąga praca. Nasze rozważania zacznijmy więc od prostego, ogólnego pytania – dlaczego my w ogóle pracujemy? Poniżej kilka pomysłów:

– Bo chcemy być potrzebni – potrzeba satysfakcji;

– Bo chcemy mieć środki – potrzeba wynagrodzenia;

– Bo z pracy wynikają zmiany – potrzeba dokonywania zmian w świecie;

– Bo przez pracę się rozwijamy – potrzeba rozwoju;

– Bo mamy w pracy dobre towarzystwo – potrzeba towarzystwa;

Przychodzi mi na myśl jeszcze jeden powód. Pracujemy, bo musimy, bo taka jest nasza natura. Pomyślmy sami – tak naprawdę prawdziwy mężczyzna niezbyt dobrze się czuje nie pracując. Lenistwo nie wchodzi w etos bycia mężczyzną, mężem, ojcem. Jest to wewnętrzna, głęboka potrzeba dania czegoś od siebie, którą ma w sobie każdy z nas.

Czy małe dzieci nie mają takich potrzeb? Jestem przekonany, że nasze przedszkolaki mają takie same potrzeby, tylko zupełnie inaczej je wyrażają. Inna jest ich skala, ale gdzieś w głębi te potrzeby istnieją. One też chcą zmieniać i zdobywać świat, też oczekują nagrody za pracę. Jedną z form tej nagrody może być po prostu satysfakcja.

Moja pierwsza teza jest taka – praca jest przedszkolakom potrzebna. Mówiąc o tym, mam na myśli powierzanie obowiązków przeważnie synom, ale wydaje mi się, że ten proces może dotyczyć w równym stopniu córek.  Dlaczego warto, żeby tata powierzał pewne obowiązki swoim dzieciom?

Po pierwsze, to jest jedyna okazja, żeby poświęcić dziecku czas w sposób ekskluzywny, czyli na wyłączność. Dzieci tego potrzebują. Zauważyłem to u tego chrześniaka – kiedy ja grabiłem liście, to on przyleciał specjalnie do mnie, bo chciał ze mną po prostu spędzić czas. Nie z tymi ciociami, które siedzą przy herbatce w salonie, ale właśnie ze mną, ze swoim wujkiem, którego nieskromnie powiem, lubi.

Po drugie, jest to prawdopobnie jedna z najlepszych możliwości do docenienia. Nie jestem w stanie teraz przywołać  badania jakich naukowców o tym mówiły, ale najpewniej amerykańskich (śmiech). Te badania potwierdzają, że głównym czynnikiem budującym poczuciem wartości dziecka jest docenienie ze strony ojca. Mama doceniając dziecko, chwaląc je za coś, nie jest w stanie tak zbudować jego poczucia własnej wartości, jak robi to ojciec. Pomyślmy więc, jakie zadanie stoi przed nami.

Jak to robić? Jak powierzać obowiązki? Stara szkoła proponuje zacząć od zlecania posyłkowego. Krótko mówiąc – masz tu grabie, zbierz to i to, w taki a taki sposób i żeby to wyglądało tak i tak. A jak coś będziesz robił źle, to przyjdę, przejmę pałeczkę i to poprawię. Zlecanie posyłkowe nie jest powierzeniem odpowiedzialności za dany zakres pracy do wykonania – odbywa się pod patronatem, nadzorem. Stanowi jednak dobry start w rozwoju dziecka. Z czasem będzie można pozwolić mu na to, żeby wykonało pracę po swojemu. Nawet po to, żeby doświadczyło błędu i zrozumiało, że jego sposób nie zawsze jest najlepszy. Jak wiemy, to właśnie wolność w wyborze sposobów i metod najkorzystniej wpływa na rozwój dziecka.

Jako tata jeszcze nie do końca doświadczony (z żoną mamy małą córeczkę, niemowlaka), muszę się odwołać do cudzych doświadczeń. Natrafiałem na nie w wielu książkach. Jedną z nich jest „7 nawyków skutecznego działania” Stephena Coveya. Traktuje ona głównie o rozwoju osobistym, sytuacjach w biznesie i relacjach na linii pracodwaca-pracownik, ale znajduje się w niej też wiele historii z morałem, które łatwo możemy przełożyć na nasz ojcowski grunt. Akcja tej krótkiej opowiastki ma miejsce podczas wpólnego posiłku przy stole, kiedy rodzina dzieli się obowiązkami.

Mój kilkuletni syn podjął się opieki nad trawnikiem. Zanim przekazałem mu tę pracę, odpowiednio go poinstruowałem. Chciałem, aby miał jasny obraz jak wygląda dobrze zadbany trawnik.

-Spójrz synu. Widzisz jaki czysty i zielony jest trawnik naszych sąsiadów? My również chcemy aby nasz też tak wyglądał. Aby to osiągnąć, możesz użyć dowolnych sposobów z wyjątkiem malowania zieloną farbą. Możesz użyć grabi, wiaderka, węża, spryskiwacza – nie ma znaczenia czego użyjesz. To, na czym nam zależy, to zielony kolor trawnika.

-Zgoda.

-Pamiętaj, że musi być też czysty. Bez śmieci, papierków, liści, sznurków, patyków, ani wszystkiego tego, co zaśmieca trawnik. Wiesz co zrobimy? Posprzątamy część trawnika i zobaczymy jaka jest różnica.

Wzięliśmy torby i posprzątaliśmy śmieci.

-Widzisz synu? Czysty i zielony. Powierzam ci teraz odpowiedzialność nad tym zadaniem, to znaczy, że ci ufam. A wiesz kto będzie twoim szefem?

-Ty tato?

-Nie, nie ja. Ty jesteś szefem. Jesteś szefem siebie samego. Wiesz kto będzie twoim pomocnikiem?

-Kto?

-Ja będę twoim pomocnikiem, podczas gdy ty będziesz szefem. Zgadnij kto cię będzie oceniał. Ty sam. Sam będziesz oceniał swoją pracę.

-Sam siebie?

-Tak, dwa razy w tygodniu przejdziemy się dookoła domu i pokażesz mi jak wygląda trawnik. Pamiętasz jaki ma być trawnik?

-Czysty i zielony.

Trenowałem go jeszcze przez dwa tygodnie, aż uznałem że jest gotów przejąć pracę.”

W tej krótkiej opowiastce, którą przytoczyłem i do której będę się jeszcze odnosił, można znaleźć kilka wskazówek, w jaki sposób powinniśmy powierzać pracę.

Pierwsze pytanie brzmi: Jak i co wybrać? To pytanie musimy zadać sobie sami. Musimy wybrać coś, co możemy powierzyć dziecku bez obaw. Jeśli bym miał nowego mercedesa z salonu, to niekoniecznie zleciłbym wyszorowanie go mojemu czteroletniemu synowi, bo mógłby mieć kilka głupich pomysłów, których efekty mogłyby mi się nie spodobać. Myślę, że niezależnie od tego, jaki jest podział obowiązków w domu, na pewno znajdzie się kilka prac, które kilkulatek może bezpiecznie dla siebie i innych wykonać.

Przy wyborze zadania dla dziecka zawsze starajmy się wybrać taką pracę, żeby była troszeczkę ponad jego możliwości. To jest kluczowe. Już sto dwadzieścia lat temu założyciel skautingu Baden-Powell zauważył, że kilkunastoletni chłopcy są w stanie wykonać niektóre zadania wojskowe tak samo dobrze, a niekiedy nawet lepiej, od dorosłych mężczyzn. Wniosek z tego jest prosty – tylko praca powyżej możliwości rozwija. Praca, która nie wymaga niczego ponad moje możliwości, nie wnosi wiele do mojego życia i bardzo szybko staje się rutyną.

Musimy dobrać pracę do możliwości dziecka, przygotować się na zaakceptowanie ewentualnych defektów. Jak to zrobić? Odwołam się do historii Coveya.

-Po pierwsze, określamy pożądane rezultaty. Jaki miał być rezultat? Trawa czysta i zielona. Dzieci mają zdolność do zapamiętywania, więc warto im te cele powtarzać.

-Dajemy ogólne wytyczne. Nie chodzi o przekazanie instrukcji krok po kroku w jaki sposób to ma być wykonane, bo w ten sposób zabierzemy dziecku możliwość odkrycia własnej drogi do rezultatu. Pamiętajmy, że odkrywanie sposobów jest obszernym źródłem rozwoju.

-Określamy zasoby. W wypadku czystego trawnika to były grabie i wiaderko, a więc dostępne narzędzia i pomoce, którymi dziecko może się posłużyć.

Kolejny punkt to określenie w jaki sposób będziemy rozliczać za wykonaną pracę. Tu warto kilka ważnych rzeczy. Zanim je rozliczymy, określmy wspólnie z nimi, czy dobrze wykonały powierzoną im pracę. Jak? Wystarczy je tylko o to zapytać. „Co myślisz o tym trawniku, czy on jest naprawdę dobrze posprzątany?” W tym kontekście przypominają mi się ważne słowa profesora Dudy. Powiedział coś, co bardzo zmieniło moje myślenie. Powiedział tak: „Tu nie chodzi o to, żeby nasze dzieci miały stróża na zewnątrz. One muszą mieć stróża w sobie.” Tylko rozwinięta zdolność  samooceny pozwala na budowanie w dziecku tego poczucia do samopilnowania się. Bo co jeśli ten stróż zewnętrzny zginie? Dziecko czuje się wolne. Chodzi o to, by w porę wykształcić w nim zdolność samokontroli.

Jest też bardzo ważne, żeby określić kryteria tego rozliczania. Od tego się nie ucieknie,  kiedyś trzeba te kryteria ustalić. Covey w swoich innych publikacjach powtarza, że taką zdrową psychologicznie sytuacją jest najpierw ustalić kryteria, a później rozliczać. Myślę, że każdy z nas jest w stanie przywołać jakąś nieprzyjemną sytuację ze swojego życia, kiedy dostał zleconą pracę, wykonał ją, a później okazało się, że kryteria oceny były inne. Nie chcemy tego dla naszych dzieci.

Ostatnią rzeczą są konsekwencje. Wśród nich są oczywiście te dobre, jak i złe. Pozytywna konsekwencja, to wynagrodzenie. Musimy dopilnować, żeby dziecko zostało nagrodzone za dobrze wykonaną pracę. One czują tę potrzebę wynagrodzenia, zwłaszcza wynagrodzenia przez ojca.

Mogą się pojawić również złe konsekwencje. To znaczy, że w przypadku niewykonanej pracy trzeba uświadomić dziecku, że postąpiło niewłaściwie, że umówiliśmy się z nim tak, a zrobiło inaczej. Według mnie wystarczająco złą konsekwencją dla dziecka z niewykonanej pracy, jest zrozumienie tego, że zawiodło. Wydaje mi się, że więcej nie trzeba. Kiedy zobaczymy, że trawnik jest nieposprzątany, porozmawiajmy z dzieckiem osobiście. Można na przykład powiedzieć: „Umawialiśmy się troszkę inaczej. Dlaczego tego nie zrobiłeś?” Dziecku robi się wtedy z automatu przykro i to już wystarczy do poczucia negatywnych konsekwencji. Nie chcemy naszyć dzieci katować jakimiś reprymendami. Cały czas chodzi nam przecież o ich rozwój i budowanie samokontroli.

Podsumujmy – jak powierzać? Określamy:

– rezultaty: zielony i czysty.

– wytyczne: możesz to robić jak chcesz, oprócz malowania.

– zasoby: masz grabki, wiaderko i spryskiwacze.

– rozliczenie: staramy się budować taką postawę samokontroli, samorozliczenia. Określmy również czas tego rozliczenia, czyli na przykład raz w tygodniu przejdziemy się i zobaczymy czy ten trawnik jest zielony.

– oraz kryteria: jeśli trawnik nie będzie zielony lub będzie zaśmiecony, to znaczy, że praca jest wykonana źle.

To jest sytuacja, w której zlecamy jasno określony obowiązek, dziecko je realizuje i wszyscy jesteśmy zadowoleni.

Co jeśli dokonaliśmy złego wyboru? Jeśli wybraliśmy niewłaściwe zadanie? Myślę, że zawsze mamy prawo do tego, by obustronnie tę umowę rozwiązać. Musi to się jednak odbywać w takim duchu, który wyeliminuje poczucie klęski. Jeśli tata powierza mi obowiązki i nagle mi je zabiera, to dla mnie jest bardzo ważny sygnał, że ja nie podołałem. Myślę że małe dzieci nie odczuwają tego tak intensywnie, ale wraz z wiekiem to może naprawdę prowadzić do poważnych kryzysów. Zatem krok, który zakłada wybór powierzonego obowiązku, jest bardzo istotny, bo źle przeprowadzony może prowadzić do emocjonalnego zranienia.

Może się też zdarzyć tak, że będziemy musieli ten obowiązek jednostronnie odebrać. Myślę że w ostatecznych przypadkach jest to rozwiązanie dopuszczalne, ale rekomenduję drogę, którą nazywam towarzyszeniem. Skoro dziecko nie jest w stanie samo poradzić sobie z jakimś obowiązkiem, to wystarczy mu pomóc. Ta historia właśnie o tym mówi, jak powinna wyglądać postawa ojca, który zlecił pracę lekko ponad siły.

Wspomniałem, że odbieranie tych obowiązków na pewno wiąże się w jakiś sposób z krzywdą wobec dziecka. Jak do tego nie dopuścić? Trzeba towarzyszyć. Nie mam jednak na myśli towarzyszenia interwencyjnego. To, co zapamiętałem z moich studiów, można określić jako dwie szkoły. Jedną określiłbym słowami „niech się sparzy”, a drugą „niech się absolutnie nie parzy”. Jedna powoduje, że dziecko jest stawiane w sytuacji często niebezpiecznej, a druga powoduje, że ze względów bezpieczeństwa hamujemy dziecku rozwój, blokujemy wszystkie bodźce, które mogą ten rozwój stymulować. Najważniejsze to być przy dziecku – zauważać, kiedy sobie radzi i wspierać, kiedy coś je przerasta.

Jeden ze znanych pedagogów, ks. Bosko, opracował coś, co nazywa się stałą asystencją. Do tego właśnie chciałem nawiązać – towarzyszenie absolutnie nie może być interwencyjne, bo to już powoduje poczucie porażki. U dziecka wtedy pojawia się myśl „Tata przyszedł i zrobił pracę za mnie, czyli sobie nie poradziłem” Ale jeśli to towarzyszenie jest od początku i jest konsekwentne, to możemy być pewni, że zauważymy tego efekty. Wydaje mi się, że jest to rzecz najtrudniejsza, ale zarazem przynosząca największe owoce. Odnosi się to do potrzeby towarzystwa – to jest ten czas, którego ono potrzebuje, jeden na jednego z tatą.

Na koniec chciałbym przytoczyć historię, która w pewien sposób usprawiedliwia to powierzanie prac trochę powyżej możliwości. Jest to historia o kredycie zaufania, a jej bohaterem jest Andrzej Kmicic tudzież Babinicz. Nie chodzi tu o słynny pojedynek na szable, tylko o to, co nastąpiło potem.

Pan Wołodyjowski uderza w konkury do niedoszłej małżonki Kmicica, Oleńki i zostaje odrzucony. To co mnie zawsze ruszało, to pomimo tego, że wygrał walkę na szable z Kmicicem, to przegrał, jeśli chodzi o walkę o serce osoby, w której się zakochał. Udaje się więc do Kmicica w pewnego rodzaju poczuciu obowiązku wobec wyższych wartości. Ma dwa listy zapowiednie, czyli coś, co dla Kmicica było bardzo cenne. Te listy pozwoliły mu zamknąć temat swojej przeszłości i procesów które nad nim wisiały. Zezwalały mu udać się na wojnę i w ten sposób odkupić swoje winy, których był świadom.

Kiedy przyjeżdża do Kmicica, następuje rozmowa. Wołodyjowski mówi bardzo konkretnie i zaczyna od wyliczenia przewin Kmicica. Jak wiemy, to był straszny zawadiaka i te krzywdy, które on uczynił innym (m.in. spalenie Wołmontowiczów) były rzeczywiście wyraźne. Potem mówi o obecnej sytuacji. Wyciąga listy i mówi Kmicicowi, że dostaje możliwość zrehabilitowania się i odkupienia swoich win, ale jednocześnie zaznacza, że to od niego zależy, czy mu ten list da czy nie. To wtedy padają słynne zdania:

-A waćpan co uczynisz?

-A ja waszmości ten list oddaję.

Nie wiem czy można to łatwo zauważyć, ale to jest moment, w którym Kmicic zmienia swoje życie. On już przestaje być egoistą, pyszałkiem. Zaczyna służyć wyższemu dobru. To nie moment zakochania się w Oleńce zmienił jego życie, tylko chwila, w której Wołodyjowski dał mu kredyt zaufania. Na tym chciałbym zakończyć. Historią, która usprawiedliwia moją zachętę do tego, żeby rozważyć czy nie warto byłoby w niektórych przypadkach dać dzieciom kredyt zaufania.

 

Wypowiedź Pawła Czuby, historyka i pedagoga, ojca dwójki dzieci, prelegenta VIII Forum Tato.Net „Odwaga i rozwaga”.
 
 
Forum Tato.Net to doroczny, międzynarodowy kongres ojcowski, dający uczestnikom inspirację, wiedzę i możliwość wymiany dobrych praktyk. Edycja VIII odbyła się w 2016 roku w Ożarowie Mazowieckim pod hasłem „Odwaga i rozwaga”. Ze wszystkimi konferencjami tego Forum można  zapoznać się tutaj.
Paweł Czuba

Autor

Paweł Czuba

Z wykształcenia historyk i dziennikarz (specjalizacja: nowe media). 12 lat doświadczenia pedagogicznego w pracy z młodzieżą w ramach Federacji Skautingu Europejskiego. Mąż Klary, tata Róży i Józefa. Odkrywa ojcostwo z Tato.Net od 2015 roku. Sekretarz Zarządu Fundacji Cyryla i Metodego. Fan Sienkiewicza, „Kilera” i szant.

Zaangażowane ojcostwo znacząco wpływa na zmniejszenie przestępczości.

Współfinansowane ze środków ministerstwa