Mariusz Mucha, Porodowa story

  • Dodano: 22 czerwiec 2016

Link_tato_w_7+miesiac_P8091053Nie ma dwóch zdań: męskich emocji związanych z porodem nie da się z niczym porównać. Tam,  na sali porodowej trzymając za rękę swą rodzącą partnerkę jesteśmy jednocześnie waleczni jak lwy, wystraszeni jak kojoty, mądrzy jak sowy i …bezradni jak niemowlak, którego tak tęsknie wyczekujemy. Oto garść ojcowskich wspomnień z tamtych chwil.

Godzin, minut, a nawet poszczególnych sekund spędzonych na porodówce z pamięci nie wygoni się nigdy. Wojtek, ojciec dziesięcioletnich już bliźniaków Andrzeja i Damiana przyznaje, że pamięta nawet minutowy harmonogram tego, co działo się w szpitalu. Co ciekawe, Marcie, jego żonie trochę się już zapomniało.

–           Miałam co innego na głowie niż patrzenie na zegarek – tłumaczy się kobieta.

–           Pierwsze skurcze: godzina 11.30, poród właściwy godzina 14-ta – recytuje Wojtek, zaraz jednak precyzuje. – Na zegarek nie patrzyłem, samo się zapamiętało.

Dodaje, że doskonale pamięta również to, że gdy na świat przyszedł Andrzej, miał już serdecznie dość. Marzył, żeby sobie usiąść i napić się czegoś zimnego. A tu jeszcze jeden chłop szykuje się na świat. – Może to zabrzmi głupio, ale jak już Marta trzymała rozwrzeszczańców (od początku dbali o to, żeby zaznaczyć swą obecność, to im zostało) przy piersi, przeszło mi przez głowę: CO JA TU ROBIĘ!!!

Wojtek jednak swą obecność przy żonie zaplanował, co innego Michał, ojciec pięcioletniego Kuby. On na oddział porodowy przyszedł jedynie donieść jakieś dokumenty. A że traf chciał,  że właśnie się zaczęło….Jak usłyszał głośne krzyki swej żony, choć niewielkiej postury, poczuł w sobie lwa.

–           Pomyślałem: do cholery, co oni jej robią!!! – i z chęcią „poustawiania” personelu wkroczył na salę. – I zostałem tam już do szczęśliwego końca.

Do medyków pretensji nie miał. Bardziej do samego siebie, że nie mógł nic pomóc swej rodzącej żonie. – Byłem całkowicie bezradny, to denerwujące uczucie.

Bywa i tak, że mężczyzna jest jednak zbyt zaradny. Adam, ojciec dwuletniej Dagmary, ojcem stawał się programowo: szkoła rodzenia, dokładny scenariusz, co gdzie i kiedy ma zrobić, gdy wybije godzina zero. A podczas porodu był  mądrzejszy od położnych. Trzymanie za rękę i ocieranie z potu czoła ukochanej mu nie wystarczało.

–           Sp….mi stąd – takiego dość nieparlamentarnego zwrotu nie spodziewał się usłyszeć z ust swej żony, która najzwyczajniej w świecie miała dość jego „oddychaj”, „przyj”, „damy radę”.   – Zapomniałem się, to fakt – Adam  i dziś nie jest dumny ze swojego zachowania.

Głupio, ale nie ze swojej winy, jak zapewnia, zachował się również  Artur, ojciec pięcioletniego Aleksandra. Poród trwał osiem godzin i był dość ciężki.

–           A ja, gdy  Olo ujrzał już świat, wybuchnąłem gromkim śmiechem. Położne myślały, że nie wytrzymałem stresu i zwariowałem. Chciały biec po sole trzeźwiące – opowiada. Udało mu się jednak od razu dowieść swej poczytalności. – Przez całą ciążę prowadzący moją żonę lekarz wmawiał nam, że to dziewczynka. Nakupowaliśmy więc sukieneczek, a tu patrzę, taki dorodny….syn. Jak lekarz nie zauważył tego na USG, to nie wiem – uśmiecha się Artur.

Wszyscy jak jeden mąż podkreślają, że choć początkowo na porodówce czuli się mocno nieswojo, to emocje i testosteron wzięły górę.

– Nie lubię widoku krwi. Ba, nawet sprzętów medycznych. Wtedy w ogóle mi to nie przeszkadzało – mówi Andrzej. – Kilka dni potem robiło mi się mdło na samo wspomnienie.

Artur przytakuje.

–           Byłem tak nakręcony, że bezpośrednio po porodzie zjadłem żonie barszcz ukraiński, który dostała na obiad. Jakby mi było mało koloru czerwonego.

A co z „powtórką z rozrywki”? Planują kolejne wspólne porody?

–          Jasne. Jak się było z żoną na samym początku ciąży, to trzeba być też na jej końcu – żartuje Wojtek, który właśnie teraz czeka na upragnioną córę.

Adam natomiast zachowuje powagę:

–           To mój obowiązek – przyjmuje pozę. Po chwili spuszcza z tonu. – Oczywiście, jeśli żona mi pozwoli.

Mariusz Mucha

Możesz być zainteresowany również...