Krawczyk: Nadrabiam ojcostwo

Krzysztof Krawczyk, artysta, którego od kilku dekad właściwie nie trzeba przedstawiać, kolekcjoner Złotych Płyt, od lat obecny na listach przebojów, na rozmowę z Tato.Net o sobie jako o ojcu zgodził się bez chwili wahania.

Fot. Fot. Januarybratek - Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=65043843

Krzysztof Krawczyk, artysta, którego od kilku dekad właściwie nie trzeba przedstawiać, kolekcjoner Złotych Płyt, od lat obecny na listach przebojów, na rozmowę z Tato.Net o sobie jako o ojcu zgodził się bez chwili wahania. Pod jednym tylko warunkiem: „Bez żadnych tematów tabu; ojcostwo to jedna z niewielu rzeczy, z których nie jestem do końca dumny i zadowolony”.

Po takim wyznaniu trudno zadać inne pytanie. Jakim pan jest ojcem?
Staram się być jak najlepszym. Na pewno kochającym, ale nie do końca spełnionym. Wiem, że jako ojciec przespałem wiele lat. Przede mną jest jeszcze trochę czasu, aby to nadrabiać. Jedno jest pewne, ojcostwo Krzysztofa Krawczyka nie było piękne, a jego relacje z synem, Krzysztofem Igorem, który ma teraz 32 lata i mieszka w Łodzi, nie były wspaniałe. Nie wyszło mi to.
Ojcowie, którzy przyznają się do tego, że nie byli super ojcami często winą obarczają innych: żonę, pracę, własnych ojców. W czym tkwił Pana problem?
Wszystko zaczęło się od rozpadu więzi małżeńskich, do którego, niestety, sam się przyczyniłem. Przez lata żyliśmy za oceanem. Tam, w Stanach, koncertowałem właściwie od Las Vegas do Atlantic City. Artysta, tak jak marynarz, komiwojażer, żołnierz czy dyplomata, a teraz ci wszyscy, co jadą np. do Anglii do pracy, to ludzie, którzy łatwo oddalają się od dzieci. Ich dziatki znają ich tylko ze zdjęć. Ze mną też tak było. Zarabiałem na chleb, nie było mnie w domu, a mój syn rósł tylko z matką. Prawda jest też taka, że początkujący hedonista, jakim byłem, nie potrafił oprzeć się okazji. Zdradził, a to już początek końca w małżeństwie. A od rozpadu rodziny trudno być ojcem. Oczywiście, znam takich gigantów, którzy w podobnej sytuacji nie poddali się. Ja, jak widzę to dziś, nie byłem takim gigantem.
Nie zauważał pan, że coś jest nie tak? Że coś trzeba zmienić?
Pewnie zauważałem; to było widać. Ale ciągle żyłem nadzieją, że w końcu będzie lepiej, że się to wszystko wyprostuje i będzie jak dawniej. Nie było. Traciłem nie tylko żonę, ale – co boli o wiele bardziej – dziecko.
Ale syn mieszka dziś w Polsce, jego matka, a pana była żona – w  USA. Czy to znaczy, że po latach ojciec wrócił do syna?
Przeszliśmy z synem ciężki wypadek samochodowy. To cud, że żyjemy. To nas zbliżyło. A co do powrotów, to trwają one cały czas. Za każdym razem, kiedy się widzimy, coś nowego sobie powiemy, coś przypomnimy.
Praca wziętego artysty, wiecznie poza domem, może spowodować, że znów się oddalicie od siebie. Jak często widuje się Pan z synem?
Tak często, jak to możliwe, ale nie tak, jak bym tego chciał. Dziś wiem, że bardzo ważny jest telefon. Dzwonię do niego i mówię, „kocham cię, synu”. I mówię też, że nie ma w tej miłości konkurentów, bo miłość ojcowska jest nie do podrobienia. A można ją przegrać, i to bardzo szybko. Dziś jest tak, że nie ma dnia, aby Igor nie usłyszał tego ode mnie.
Przeprosił go pan za to, co było?
Nieraz przepraszałem. Za to, że nie udało się nam w USA i że moja eks-żona tam została, a my wróciliśmy do Polski. Że nie byliśmy razem, że nie ufaliśmy sobie. Dopiero niedawno przeprosiłem go za to, że nie udało mi się jako ojcu. Całe szczęście, mój syn to rozumie.
Czy dawniej, gdy duchowo byliście daleko, mógł pana znienawidzić?
Nie, nie sądzę. Nigdy nie było tak, że byliśmy całkowicie odosobnieni. Mieliśmy swoje Dni Ojca i Syna, wspólny obiad, wypad do kina, rozmowy. Był jednak taki czas, gdy mógł czuć do mnie coś na kształt niechęci.
Dlaczego?
Gdy poznałem swą obecną małżonkę, Ewę. W ostateczności zawsze za nieudane życie rodziny obciąża się winą ojca i macochę. Nawet moja mama Lucyna przez lata tłumaczyła mu: „gdyby nie ta druga, to miałbyś tatę i mamę”. To dla młodego, wrażliwego człowieka mocne przeżycie. Wiem, że jeśli obecnie nie byłoby dobrej chemii między Ewą a Igorem, to żadne próby zbliżenia kompletnie by nie wyszły. Obie strony próbują się siebie nauczyć. Wiem, że modlą się o to.
Wspomina pan o wierze.
Bez wiary nie dałbym rady. Człowiek, choćby otoczony przyjaciółmi i miłością, jest samotny. Potrzebuje takiej osobistej samotności, która pomaga mu zrozumieć, czym jest wiara w Boga. On jest potrzebny, nieodzowny do życia. Weźmy nawet to, że z Haliną nie miałem ślubu kościelnego, a tym sakramentem złączony jestem z Ewą. Dzięki temu żyje się nam pięknie, przebojowo. Rodzina to najważniejsza rzecz na tej planecie. A w kontekście wiary więź ojciec-syn jest szczególna.
W czym?
Ojciec ma nie tylko imponować, ale i ostrzegać, pokazywać, co dobre i złe . Jeżeli próbuje to robić bez udziału życia duchowego, czeka go upadek. Mówmy swym dzieciom, że wierzymy. Nie ukrywajmy, nie wstydźmy się tego. Dziś świat stanął na głowie. Wszystko przez tego zielonego diabła, dolara. Ojciec haruje po 12 godzin na dobę, żeby jego dziecko nie poszło do szkoły w gorszych spodniach, żeby nie miało gorszego telefonu od bogatego kolegi. Jakby to miało największe znaczenie… Konsumpcyjne dobra, zamiast nam służyć, często wypaczają rodziny. A przecież pieniądze są właśnie od tego, żeby służyć ludziom. Hobby polegające na zbieraniu zer na koncie to głupota.
W warsztatach organizowanych przez Tato.Net proponujemy ojcom, aby wybrali jakieś zwierzę, z którego cechami chcieliby się utożsamiać. Lew, lis, orzeł, sęp, byk, sowa. Kim pan chciałby być?
Nie dam rady opisać się w jednej postaci. Lew stara się swą odwagą stanąć naprzeciwko problemów, jakie niesie życie. To ważne. A lis pomaga mu, żeby swym lisim sprytem starał się, jak może, ominąć rafy życia, żeby wypłynąć na spokojne wody. Szczególnie ważny jest dla mnie orzeł. W tradycji indiańskiej, którą poznałem w Stanach, orzeł lata hen, wysoko ponad chmurami. Orzeł-ojciec ma więc za zadanie wyzwalać w swym dziecku ambicję bycia kimś, kto lata wysoko, stara się być jak najwyżej. Oczywiście, przez swój przykład, którym ma zaimponować. Sępa sobie darujmy, z byka wezmę siłę. Ale siłę, co podkreślam, nie niszczenia, a przetrwania. Nie da się być dobrym ojcem bez mądrości sowy.
A pana ojciec? Jaki był?
Mój ojciec był genialny. Jestem i bardzo chcę być podobny do niego. Pamiętam, jak pomagał ludziom. Nie tylko radą, ale konkretnie. Wiele razy zapraszał do domu bezdomnych, ubierał ich, karmił. To piękny przykład umiejętności podzielenia się z ludźmi. Możesz pomóc, uczyń to: finansami, radą, rozmową. Pamiętam też ojca rodzinnego, który kochał dom i czytał nam Sienkiewicza. Niestety, odszedł do Pana, jak miałem 16 lat. Dla nas to była olbrzymia tragedia, a dla mnie zaczęło się prawdziwe, dorosłe życie: liceum wieczorowe, praca gońca, szkoła życia.
Trudno jest radzić innym, proszę jednak spróbować. Panowie, jeśli chcecie mieć szczęśliwe rodziny to…
Bądźcie wierni w małżeństwie, trwajcie w wierze przodków waszych i kreujcie w sobie dobro, dzieląc się nim z innymi. I pamiętajcie, miłość bardzo łatwo stracić.

 

Rozmawiał Mariusz Mucha

Redakcja Tato.Net

Autor

Redakcja Tato.Net