Chwalenie dzieci – szansa czy zagrożenie?

  • 28/12/2017

Pewnie wielu z nas, ojców, słyszało sformułowanie „nie chwal dzieci, bo je popsujesz”, i pewnie wielu z nas odpowiadało wtedy w duchu „co ty wiesz o wychowaniu dzieci? A właśnie, że będę je chwalił i wtedy wyrosną na pewnych siebie dorosłych”. Chwalenie to temat, z którym psychologia i pedagogika przeżywają istną huśtawkę podejść. Początkowo uważano, że trzeba postawić na tzw „zimny chów”, czyli podejście mocno ograniczające okazywanie emocji, a już szczególnie okazywanie czułości. Takie podejście miało skutkować wychowaniem dziecka, które potrafi sobie radzić z trudnościami i przeciwnościami, a dodatkowo jest pracowite i nigdy się nie poddaje. Czy tak się rzeczywiście dzieje? Częściej słyszymy od dorosłych mężczyzn podczas warsztatów „mój ojciec nigdy mnie nie pochwalił; nigdy nie powiedział, że mnie kocha; że jestem kimś ważnym dla niego…”. Innymi słowy, „zimny chów” często spowodował „zimną relację”.

Kolejny etap to „chwalmy, bo w ten sposób budujemy poczucie wartości dzieci”. Etap ten miał kilka „odsłon”, od chwalmy, ile można – „jesteś najpiękniejszą księżniczką na świecie”, poprzez chwalmy za wysiłek dziecka – „włożyłeś wiele pracy i siły w wykonanie tego rysunku”, aż do używania tzw. komunikatu JA – „podoba mi się twoja praca, jestem zachwycony”. Niestety wielu badaczy wskazuje na to, że nadmiernie/niewłaściwie chwalone dzieci mają problem z… poczuciem własnej wartości. Ich zdaniem skłonność do depresji lub narcyzmu może mieć swoje źródła również w sposobie ich chwalenia. Dlaczego tak się dzieje? Dziecko, które jest chwalone nadmiernie może mieć trudności w zderzeniu ze „zwykłym, brutalnym światem”, najczęściej mniej życzliwym niż dom rodzinny. Poza tym, zdarza się nam, rodzicom używać pochwał, jako narzędzia motywującego i z najlepszymi intencjami mówimy „super Ci poszło, następnym razem na pewno strzelisz gola” etc. Wtedy wywołujemy w dziecku chęć do spełniania naszych oczekiwań.

Moim zdaniem padliśmy jako społeczeństwo ofiarą epidemii pochwał. Czasem patrzę na trenerów zespołów dziecięcych, którzy każde udane podanie czują się zobowiązani spuentować okrzykiem „super”, “rewelacja” etc. Czy to działa na dzieci? Pewnie tak, każdy lubi słyszeć pochwały na swój temat, ale czy tak być powinno? Co się stanie, kiedy te dzieciaki staną przed jakimś wyzwaniem, a nas, dorosłych, nie będzie wtedy przy nich? Kto im wtedy powie, że są super? Jesper Juul, duński psycholog, twierdzi, że uzależniliśmy nasze dzieci od pochwał. Każda z nich to cegiełka, która buduje ich motywację zewnętrzną, czyli zależną od czynników zewnętrznych (rodzica, trenera), a nie od nich samych. Nie rysują, bo to lubią, rysują, bo chcą usłyszeć od nas, że świetnie im idzie. Nawet stwierdzenie „jestem zachwycony twoim rysunkiem” powoduje, że… możemy je nadal uzależniać. Przecież każde dziecko lubi zachwycić swojego tatę :-). Powstaje jednak pytanie, jaki wniosek wysnuje nasze dziecko, kiedy znowu namaluje rysunek, a taty nie będzie w pobliżu albo nie będziemy mieć nastroju na okazywanie zachwytu? Może „czy warto w ogóle rysować?”.

Co zatem robić, w ogóle ich nie chwalić, powrót do „zimnego chowu”? Warto zastanowić się, czego nasze dziecko od nas potrzebuje/oczekuje? Czy kiedy krzyczy „tato, widziałeś? Strzeliłem gola”, naprawdę od nas oczekuje pochwały? A może oczekuje po prostu zainteresowania? Jesper Juul twierdzi, że wystarczy odpowiedzieć wtedy dziecku „widzę synu”, nie musimy się silić na wszelkie „super, rewelacja, jestem zachwycony”. Zwyczajnie, okazujmy naszym dzieciom zainteresowanie! Niech wiedzą, że to, co robią, jest dla nas na tyle ciekawe, że poświęcamy temu swój czas i uwagę – więcej nie trzeba, a nawet nie należy :-).

Autor

Łukasz Kuśmierz

Zaangażowane ojcostwo znacząco wpływa na zmniejszenie przestępczości.

Współfinansowane ze środków ministerstwa