Alternatywna rzeczywistość dla elektroniki

  • 29/12/2017

W moim domu uważałem się za ojca, który ogólnie stroni od urządzeń elektronicznych. Jednak oglądając nagranie z pewnej rodzinnej imprezy urodzinowej dostrzegłem gdzieś siebie przy stole z telefonem w ręku. To już mi dało poważnie do myślenia. Myślałem, że wszystko jest ze mną w porządku, ale dowody przemawiają przeciwko mnie. Co więcej, pewnego dnia moja starsza córka stwierdziła, że tata jej nie słucha, przez co przestała też słuchać taty. Kiedy miałem jej coś ważnego do powiedzenia, to mnie zbywała, albo zajmowała uwagę czym innym. Mówię:

-„Kiedy z tobą rozmawiam, to nie patrz w telewizor”.

-„Ale tato, ty tak robisz”

No i wtedy nie miałem co powiedzieć. Postanowiłem zrobić sobie wtedy taki sprawdzian, żeby uświadomić sobie co się dzieje. Taki research na temat stanu faktycznego w moim domu. Jeżeli wasz ojcowski nos podpowiada wam, że coś jednak mogłoby być lepiej, to warto się temu przyjrzeć.

 

Pracuję w firmie, która zajmuje się systemami zabezpieczeń. Często jeżdzę po domach, kiedy ludzie zakładają sobie różne rzeczy i chcą się czegoś doradzić. Mam dzięki temu okazję do zaobserwowania różnych preferencji. Pewnego razu jadę i widzę, że w salonie jest telewizor, w kuchni drugi, w sypialni trzeci, a w łazience radio, wszystko z internetem. Poza tym w każdym pokoju, nawet jeśli jeszcze nie ma telewizora, to proszą żeby wyprowadzić tam kable, bo niedługo pewnie i tam założą. Często to właśnie bardzo fajni rodzice, bardzo fajni ojcowie, wykupują bezmyślnie telewizory, bo wystaje ze ściany dziura z kablami i trzeba ją jakoś zabudować – czyli kupić kolejny telewizor. Zaczyna się wtedy dziać coś niedobrego, bo następuje utrata kontroli nad tym wszystkim.

Kiedy córka uświadomiła mi, że przestaję zwracać uwagę na to, ile czasu spędzam przy elektronice, to postanowiłem zrobić sobie taką autodiagnostykę. Popatrzeć na siebie z innej perspektywy, wyjść z siebie. Wspomniałem już o nagraniu z przyjęcia urodzinowego, na którym dostrzegłem, że trzymam komórkę. Kładąc się też do łóżka zauważyłem, że moim ostatnim slajdem z dnia nie jest twarz mojej żony, tylko jakaś twarz na facebooku. Postanowiłem popatrzeć na to z bliska. Spotkałem się z moim dobrym przyjacielem, żeby zasięgnąć rady i perspektywy trzeciej osoby na moją ‚relację’ z kilkucalowym ekranem. Spytałem:

-„Jak uważasz, co ty byś powiedział?”

-„Moim zdaniem wszystko jest okej.”

-„Może inaczej, powiedz coś negatywnego o mnie”

-„Dwa lata nie byliśmy na piwie.” (śmiech).

Podobno nie robimy tego co musimy, tylko to, co chcemy. Jeżeli dla mnie sprzęt jest ważniejszy, a praca jest tym, czym żyję, to dzieje się coś niedobrego. Moja mama zawsze mi tak mówiła:

-„Kiedy do mnie przyjedziesz, a przyjeżdżasz rzadko, to zawsze jesteś z tą komórką, zostawiłbyś ją w końcu”.

-„Dobra mamo, już, tylko coś sprawdzę”

Okazało się też, że moja żona bardzo delikatnie sygnalizowała mi pewne problemy. Nie mówiła wprost „Marcin, przestań grać na tym telefonie”. Nie. Ona się po prostu smuciła. Ja jej sprawiałem przykrość nie widząc tego. Dopiero kiedy moja córka zwróciła mi na to uwagę, zacząłem to obserwować. Okazało się, że świat zewnętrzny mówił do mnie bardzo wiele między wierszami.

Aby sprawdzić sytuację, stan, w waszych domach, proponuję wam zrobić to, co zrobiłem ja – wyliczyć ile mam telewizorów, komputerów, smartfonów, tabletów i konsol do gier i to wszystko zapisać. Potem zapisać ile jest mieszkańców. Jeżeli wyjdzie równa liczba mieszkańców i urządzeń, to znaczy, że każdy może w jednej chwili korzystać z jakiegoś urządzenia. To jest według mnie taka dopuszczalna granica, przy której mamy jeszcze kontrolę nad czymkolwiek. Bo gdy tych urządzeń jest więcej, to znaczy, że jeśli ja siedzę przy komputerze, a moja żona ogląda telewizję, to moje dzieci mają do dyspozycji jeszcze wiele innych urządzeń na które nie zwracam uwagi, bo ja jestem zajęty swoim.

Podsumowując, jeśli nasz ‚współczynnik’ jest wyższy od jedynki, to warto zacząć się nad tym zastanawiać. Najważniejsze w tym wszystkim to odpowiedzieć sobie na pytanie „czy ja jeszcze mam nad tym kontrolę?” Mogę mieć wspaniałe dzieci, tylko co z tego, jeśli one będą siedzieć w swoim wirtualnym świecie, a ja w swoim. Przyszedł taki czas, że postanowiłem to zmienić. Zauważyłem, że to jest złe, bo ściana między mną a moimi dziećmi i żoną zaczyna wzrastać. Mało tego, ona z biegiem czasu twardnieje i potem dużo trudniej ją zburzyć. Trzeba coś zrobić, choć nie jest łatwo.

Ja wiem, że na komórce mam zainstalowanych parę gier i portali społecznościowych. Wiem, że oglądam jakieś seriale w telewizji, które mnie w zasadzie nie interesują i wiem, że mam trzy komputery w domu, tylko pytanie brzmi – czy ja naprawdę chcę coś z tym zrobić? Bo to jednak trochę boli. Jeśli próbowaliście i wam się udało to super, ale mi jest naprawdę trudno odinstalować ulubioną aplikację z telefonu. Więc jeżeli już podejmiemy tę decyzję, to na pewno będzie trudno. Nie chodzi tu już tylko o nas, ale przede wszystkim o dzieci i ich przywiązanie. Jeżeli dzieci mają telefony, to ciężko im będzie to zrozumieć. „Jak to, przez dwa lata mogłem grać ile chciałem a dzisiaj co? Co się stało tato, za co to kara?” Zaczyna się wtedy problem. Krew, pot, łzy i trudne rozmowy. Ale jest szansa, że się uda. Jest to pewnego rodzaju płynięcie pod prąd w górę rzeki, której końca nie widać.

Mi pomogło to, że się zastanowiłem jak będzie to wyglądać za 10 lat. Moje córki mają obecnie dziewięć i dziesięć lat, za dekadę będą już dorosłe i ja wiem, że jeśli dziś czegoś nie zrobię, to później nie będę miał najmniejszego wpływu na ich wybory. Na ich wybór będą mieć wpływ znajomi, reklamy, a ja zejdę na dalszy plan. Dlaczego? Dlatego, że kiedy one potrzebowały mojego czasu, pełnego zaangażowania i świadomości, to mnie nie było, bo patrzyłem w ekran.

Kiedyś Zbigniew Herbert powiedział, by płynąć do źródeł, pod prąd. Z prądem płyną śmieci i martwe ryby. Właśnie to motto przyświeca mi w moich działaniach i zdaje to egzamin. Na początku pracy nad sobą powiedziałem sobie „dobra Marcin, dałeś ciała”. Zrobiłem sobie rozeznanie i trochę się podłamałem, ale z drugiej strony pomyślałem, że coś muszę zrobić. Postanowiłem wtedy podzielić tę pracę nad sobą i rodzinnymi relacjami na dwa etapy. Pierwszy to walka ze słabościami, a drugi to budowanie swoich mocnych stron. Bo jeżeli ja będę tylko walczył ze słabościami, czyli usunę swoje złe nawyki, to nie spowoduję nagle tego, że moje córki do mnie podejdą i powiedzą „o tato, nie korzystasz już z komórki, chodź porozmawiamy”. Nie, bo one same też już korzystają z tych urządzeń. Z myślą o tych mocnych stronach postanowiłem dać coś w zamian, zbudować alternatywną rzeczywistość.

Jeśli mowa o walce ze słabościami, to nie tylko ja miałem ten problem. Moja żona miała taką aplikację, w której karmi się zwierzęta, zbiera się plony, coś jak symulator. Nie mogła się od tego w wolnych chwilach oderwać, nie reagowała też za bardzo na moje prośby. Z pomocą przyszła pielgrzymka, na którą poszliśmy całą rodziną. Piesza pielgrzymka ma w sobie ten fenomen, że jak się idzie dłużej niż 5 dni i się nie śpi po domach, tylko w namiotach, to już po trzech dniach siadają powerbanki i bateria. I to właśnie wtedy ludzie zaczynają naprawdę żyć. Po powrocie moja żona mówi, że nie wie po co w ogóle w tę grę grała. Odinstalowała ją i jestem przeszczęśliwy, bo sypialnię mamy w końcu dla siebie, a nie dla telewizora i komórek.

Warto też zrezygnować z mega-abonamentów. Bardzo trudno jest podjąć taką decyzję o usunięciu 90% kanałów, szczególnie, jeśli dzieci zdążyły się przyzwyczaić do Disney Channel. Cóż, zazwyczaj dzieci nie chcą zrozumieć tego, że przy rewolucji leje się krew, przynajmniej moje nie chciały. Nie zrobiłem tego jednym cięciem, ale gdy co jakiś czas kończy się abonament, to stopniowo go zmniejszam.

-„Tato, a dlaczego tego już nie ma?”

-„No córeczko, teraz taki abonament jest”.

-„To co ja teraz będę oglądała…”

-„Dasz radę, zobacz, jest mnóstwo innych kanałów”.

Problem jest przez kilka dni a potem znika.

Dyskusję nad rozwiązaniami przeprowadzajmy wspólnie z rodziną. U mnie było tak:

-„Dziewczyny, co możemy zrobić, żebyśmy tyle nie grali? Co jest ciekawszego od komórki?”

Dziewczyny myślą i mówią –„Pies”.

No tak, ale pewnie to ja będę łaził z tym psem. Sprytnie to wymyśliły, bo nawet gdybym to ja miał się nim głównie zajmować, to i tak wiedzą, że uważam to za lepsze rozwiązanie od komórek. Mimo wszystko jest też szansa na to, że to one by się nim zajęły. Psa jeszcze nie ma, ale jest chomik i mysz. Skoro już mowa o zwierzątkach domowych, to opowiem krótką anegdotę o tym, jak dzieci nas obserwują. Kilkanaście miesięcy temu miałem problem zdrowotny i krótko mówiąc musiałem zrzucić kilkanaście kilogramów. Zacząłem sobie notować różne rzeczy – ile mam w pasie, ile kilo mniej i tak dalej. Pewnego razu Ewa, moja młodsza córka patrzy, potem gdzieś znika, bierze brudnopis i pisze „4 centymetry (bez ogonka)”. Patrzę i pytam „Ewa, o co chodzi?”

-„A bo wiesz tato, ważę i mierzę mysz”.

Dzieci nas naśladują bezbłędnie. Ta rodzinna dyskusja nad rozwiązaniami podpowiedziała nam wycieczki, zwierzęta, ale pokazała jeszcze jedno – że dzieci mają wpływ na to, co robimy. One też mogą realnie wpływać na zmianę naszego zachowania.

Prowadzę działalność gospodarczą. Zarobki mam wprost proporcjonalne do ilości włożonego czasu, czyli krótko mówiąc, im więcej pracuję, tym więcej mam pieniędzy. Gdybym pracował na okrągło, to w ogóle miałbym ich potąd. Złapałem się jednak w pewnym momencie na tym, że ta praca stała się moim priorytetem. Żona raz powiedziała:

-„Idź po dzieci”

-„Nie mogę, mam masę pracy”

Cały czas irytowałem się, że muszę iść po dzieci do szkoły. Postanowiłem poszukać rozwiązań i przeprowadziłem mały research. Dotarło po nim do mnie, że wcale nie wykorzystuję należycie mojego czasu w pracy. Zacząłem planować pracę, żeby jak najefektywniej go wykorzystać. Okazało się, że nagle mam wystarczająco dużo czasu, żeby wyjść godzinę wcześniej z pracy i pojechać po dzieci. Mamy potem czas na zabawę czy na wspólne zakupy, a czasami łączymy jedno z drugim. W jaki sposób? Podczas zakupów w sklepie bierzemy na przykład serek, patrzymy na jego skład i bawimy się aplikacją Pola. Sprawdzamy ile jest kapitału polskiego, a ile zagranicznego. Dziewczyny to błyskawicznie podchwyciły i teraz pilnują produktów i wybierają tylko niektóre. Nie zmuszamy ich do tego, one same to robią. Dzieci uwielbiają przeprowadzać  takie śledztwa w marketach.

Nie potrafię przebywać z rodziną, jeżeli nie mam zaplanowanego czasu. Zawsze staram się planować swój czas wolny. Planuję też czas offline wyłącznie dla siebie. Zostawiam komórkę, komputer i idę poukładać myśli, na przykład na spacer do lasu. Bez tego nie jestem w stanie funkcjonować poprawnie, bo kiedy wracam po pracy do domu, to często moje myśli są nadal w firmie. Jeżeli moje córki o coś mnie pytają, to ja zdawkowo odpowiadam, ale myślami jestem zupełnie gdzieś indziej. Jeżeli jednak w chwili ciszy wszystko to sobie poukładam, to potem znacznie łatwiej jest mi z nimi rozmawiać.

Jaki jest ciekawy sposób na ograniczenie używania telefonów w domu? Zwykły wiklinowy koszyk, najlepiej taki, który ma z boku uchwyty. Bierzemy wszystkie ładowarki w domu, przeplatamy parę razy tak, żeby wtyczki były w tym koszyku, robimy listwę na ścianie, te wszystkie ładowarki tam włączamy zawieramy wspólnie umowę. Moje dzieci mają telefony, mogą z nich korzystać, ale w domu są w koszyku. Co się okazało? Że ja pilnuję dziewczyny, a one mnie. Jeżeli widzę, że moja córka bierze komórkę, to mówię:

-„Iza, koszyk”.

-„No dobra tato”.

Odkłada tę komórkę i zapomina o niej zupełnie. Natomiest jeżeli ja się zapomnę i dłużej posiedzę, po chwili słyszę „Tato, komórka”. No i musi zawędrować do koszyka. Co nam to daje? Po pierwsze pewną wizualną kontrolę, że wiemy gdzie to jest, a po drugie, jest to równouprawnienie. Nie mogę wymagać od swoich dzieci, żeby robiły coś innego niż ja. Jeżeli ja nie korzystam z komórki, to mogę wymagać od nich tego samego, ale jeżeli ja korzystam, no to one to widzą i będą mnie naśladować. One też są ludźmi.

Czasami coś się zepsuje i myślimy co by tu nowego kupić. Mnie na przykład bardzo kusi tablet z nowym ekranem amoled. Walczę już z tym rok i chyba go nie kupię. Mówię sobie w myślach, że jak będzie tak sobie leżał w kuchni to się przyda, bo żona będzie sobie przepisy znajdować. Ale z drugiej strony głowy słyszę głos „Po co, przecież jest komórka.” Jeżeli nie ma takiej potrzeby, to nie kupujmy zbędnej elektroniki. Lepiej wymyślić coś innego. Niedawno rozmawiałem z kolegą. Mówi: „Słuchaj, ja mam siedem tabletów, bo córka wygrywa w różnych konkursach sportowych i cały czas tablety dostaje, nie chcesz jednego?” Jeżeli macie tak dużo tabletów, to warto je sprzedać, wymienić, oddać, po prostu się ich pozbyć, a z dziećmi umówić się na coś innego. Sprzedamy tablet, ale będziesz miał za to mnóstwo klocków. Jeżeli to jest kolejny zbędny tablet, to dziecko chętnie to podejmie.

Dla mnie w pracy nad sobą najlepszym momentem było wzmacnianie swoich mocnych stron. Zacząłem szukać czegoś, co bardzo lubiłem i dla mnie była to kolejka elektryczna. Taka, którą się bawiłem, jak byłem mały. Kupiłem sobie deskę, kupiłem tory, wagon i zacząłem w tym grzebać. Co się okazało? Że moje dziewczyny kiedy grały w minecrafta, rzuciły to na bok i spytały „Tato, możemy się z tobą pobawić?” Na początku miałem powiedzieć, że nie, bo mi to wszystko klejem pobrudzicie, ale zgodziłem się, bo truchleję czasami jak kolejny raz lokomotywa się wykoleiła. Okazało się, że jest to dla nich bardzo ciekawe. Nie dlatego, że sama kolejka jest ciekawa, tylko dlatego, że zobaczyły, jak ja się tym fascynuję, jak się chwalę. Rozłożyłem super tory, pod nimi zamontowałem zwrotnicę i pokazuję im jak to fajnie działa. One to widzą i pytają, czy mogą same coś takiego zrobić. Po prostu widzą, że to mnie pasjonuje i je też to zaczyna interesować. Wtedy ten komputer spada na dalszy plan.

Jeżeli są jakiekolwiek imprezy w domu, to staram się w tym, co potrafię, pomagać. Na przykład, kiedy są urodziny, to ja robię dyskotekę, montuję głośniki, włączam ‚zadymiarza’, instaluję kolorowe kule i inne cuda i one się w to również angażują. Są zachęcone tym, że tata ofiaruje im swoje umiejętności. Ostatnio zaczęliśmy się bawić w przeciąganie liny, już nam się znudziło, to zaczęliśmy się bawić w wychodzenie liną na balkon. Żona mnie przegoniła bo powiedziała, że pokazuję złodziejom jak wchodzić do domu.

Zacząłem się dzielić swoimi sukcesami ze znajomymi z pracy, a oni zaczęli dzielić się swoimi ze mną. Co to spowodowało? Że sami sobie napędzaliśmy różne aktywności dzięki wzajemnej motywacji. Okazało się, że ja się świetnie bawię kolejką, ale że kolega świetnie się bawi w podchody z dziećmi, to kolejnego dnia zorganizowaliśmy te podchody u mnie.

Pewnego razu pojechaliśmy w góry. W pewnym momencie podczas wspinaczki słyszę:

-„Tato, ja już nie dam rady”.

-„Coś ty, musisz dać radę”.

-„Ale ja naprawdę nie dam rady”.

No i ojciec słucha się tego dziecka, choć dobrze wie, że dałoby radę. Biorę ją na barana, noszę tak przez może przez dwadzieścia metrów i słyszę „Tato, starczy”. Siły wróciły. Na podobny wyjazd zabraliśmy też raz kuzyna.

-„Wujek, ja już nie dam rady”.

-„To stań tu i sobie odpocznij”.

Stanął odpocząć, wziął plecak, patrzy, a w środku skakanka. Od razu wróciły mu siły i przyskakał do mnie na górę na tej skakance. Dzieci mają mnóstwo energii, tylko czasem potrzebują bodźców żeby ją uwolnić.

Poszukuję nowych wyzwań i celów, żeby się realizować. Chodzi o to, że kiedy zaczynamy łapać dobry kontakt z dziećmi, to dobrze jest, żeby się angażować w różne inne rzeczy. Powoduje to wtedy to, że jestem na fali, że cały czas chcę robić coś dobrego, pozytywnego. Chciałbym  pokazać, co jeszcze u mnie w domu sprawdza się jako alternatywna rzeczywistość dla komórek.

 

Książki

My na przykład z córkami czytami książki Andrzeja Mareszki. Przeczytaliśmy już wszystko i chyba zaczniemy od nowa. Kiedy jedziemy samochodem, to również czytamy, ale jest jedna zasada – wszystkie komórki, poza tą z nawigacją, są w schowku.

-„Tato mogę się pobawić na telefonie?”

-„Nie, nawigacji potrzebuję.”

Zaczynamy czytać książki i umawiamy się tak – żona czyta 5 stron, ja jako kierowca nie mogę, ale dziewczyny czytają po kolejnych 5 stron każda.

„Tato mi się nie chce.”

No to trudno, odkładamy książkę.

-„No dobra, poczytam.”

Ostatnio coraz więcej kuzynow chce z nami jeździć na różne wycieczki, wtedy też czytamy w samochodzie.

-„To jak, czytamy?”

-„Ee wujek, ja to nie chcę czytać.”

-„No dobrze, nic na siłę, czytają dziewczyny.”

Mija kolejny rozdział i słyszę „Wujek, mogę też poczytać?”  Świetna sprawa.

 

Muzyka

Bardzo lubię muzykę i zaraziliśmy tym z żoną nasze dziewczyny. Zauważyliśmy, że jeżeli my czymś żyjemy, to one też tym żyją. Słuchamy różnej muzyki – począwszy od „Makumby” Big Cyca, po Hey – „Moja i twoja nadzieja”. Byłem w szoku, jak tę drugą piosenkę moje córki zaczęły ją analizować. Ja kojarzę ten utwór z powodzi w 1997 roku we Wrocławiu. Piosenka co prawda  powstała wcześniej, ale teledysk powstał właśnie na potrzeby zbiórki pieniędzy dla powodzian. Opowiadałem o tym dziewczynom i kiedy byliśmy we Wrocławiu na ul. Traugutta pokazywałem im w pewnych miejscach dokąd sięgała woda. Byłem naprawdę pozytywnie zaskoczony, jak moja starsza córka słuchając potem tej piosenki opowiadała o jej historii innym dzieciom z zaangażowaniem.

Później zaczęliśmy chodzić na koncerty, czasami nieznanych zespołów, ale oczywiście nie takich, że dla nich to byłby wstrząs. Pierwszy koncert średnio im się podobał, bo mówiły że za głośno. Drugi koncert – „no, muzyka taka średnia”. Ostatnio byliśmy na koncercie Ani Wyszkoni i „było super tato, tylko załatw mi autograf”. No i zaczęła się zabawa w autografy.

 

Podróże samochodem

Jeżeli jedziemy samochodem, staramy się obserwować świat. Nie przez komórkę robiąc zdjęcia, tylko żywo badamy przyrodę. Czasem zatrzymujemy się niedaleko jakiegoś dzikiego zwierzęcia, żeby pokazać dziewczynom sarnę czy lisa. Bywa, że nawet da się podejść. Obserwowanie świata, delektowanie się tym, rozmawianie o tym – to jest coś niesamowitego, co sprawia nam dużo radości.

Jak już nie mamy co robić w trasie, to gramy w skojarzenia, albo opowiadamy kawały. Czasami też rozwijają się ciekawe dyskusje, bo zauważyłem, jeżeli my nasze dzieci pytamy, to one niekoniecznie chcą nam odpowiadać, ale jeżeli ja z żoną nad czymś zażarcie debatujemy, to one często się same wtrącają i powstają ciekawe rozmowy. Zdarza się też tak, że jedziemy nad morze i dziewczyny chcą zagrać na telefonie.

„To na ile się umawiamy?” Przeprowadzamy negocjacje.

„Piętnaście minut.”

„Dziesięć.”

„No to dwanaście”.

„Dobra”.

I wtedy ważne jest, żeby tego czasu pilnować.

 

Jeżeli chodzi o dom, to uważam, że dużo lepsza jest konsola niż komputer. Kiedyś byłem u mojego promotora ze studiów i musieliśmy coś sprawdzić na komputerze. Powiedział:

„Wybacz, nie skorzystamy teraz z komputera, bo mój syn korzysta.”

„To jeden komputer masz?”

„Tak, i mi to odpowiada bo musimy o niego walczyć.”

Czyli jeśli jest pięć osób, to jedna piąta czasu dla każdego. Jest to jakaś metoda na to, żeby nie spędzać za dużo czasu przed tym komputerem. Z drugiej strony, kiedy ja siedzę przed komputerem i moje dziecko to widzi, to się pyta „Tato, co ty robisz?” No i lepiej wytłumaczyć:

„Słuchaj kochanie, pracuję, bo muszę dokończyć ważne zadanie z pracy”.

„A ile jeszcze to będziesz robił?”

Patrzę na zegarek. –„Do dziewiętnastej”.

Wybija dziewiętnasta, córka przychodzi. -„Tato skończyłeś już?”

Dlatego uważam, że konsola jest lepsza niż komputer, bo nie dość, że w jakiś sposób integruje rodzinę, to na czas gry ‚blokuje’ telewizor, o ile jest jeden w domu.

Jeżeli urządzenia się psują, a całe szczęście się psują, to nie kupujemy nowych. Trochę jest cierpienia, okresu żałoby, ale da się to przeżyć. Nie tak dawno słuchałem psychologa, który powiedział świetną rzecz. Dziecko często przeżywa frustrację, jeśli mu się coś zabierze. Ale najlepszym miejscem do uwolnienia takiej frustracji jest dom rodzinny. Dlaczego? Bo tam jest bezpieczne. Ono się może na was wkurzyć, może pokrzyczeć, zrobić dużo rzeczy, ale mimo wszystko ono się czuje tam bezpieczne. Jeżeli wyjdzie już poza dom, różne rzeczy mogą się dziać, ale w domu wie, że ma swojego tatę, mamę i że tam się nic złego nie stanie, mimo że ono jest w tej chwili na nich wściekłe.

Ustalamy czas na granie. Ja w to początkowo nie wierzyłem, ale pilnowałem tego. W salonie koło kuchni jest minutnik, ustalamy czas na zegarze, czas mija, „dziewczyny, koniec”. U babci to nie zadziała, bo babcia pozwala na całego. Natomiast kiedyś wyjechaliśmy za granicę i naszymi dziećmi opiekowali się nasi przyjaciele. Kiedy wróciliśmy, powiedzieli nam:

-„Słuchajcie, macie super dzieci”

-„Dlaczego?”

-„Bo jak chciały grać, to same sobie ustalały czas.”

Jedna drugiej pilnowała i dbały o to, żeby ten czas na granie był optymalny. Przypuszczam, że jeśli byłyby dwa komputery, to raczej nie zajmowałyby się minutnikiem tylko grałyby do oporu. Ale ponieważ był jeden, to wzajemnie się pilnowały.

Warto też zaangażować się w grę swoich dzieci. Ja osobiście lubię pograć na xboxie –  mamy tego kinecta, do którego trzeba się ruszać. Ostatnio moja córka mówi „tato, zainstaluj mi farmer simulator”. No dobra, zobaczymy co to jest. No i po jakimś czasie się wciągnąłem w te sadzonki, ale było to fajne, bo mieliśmy bliski kontakt ze sobą.

 

Góry

Zawsze lubiłem chodzić po górach i zauważyłem, że w fajny sposób poznaje się tam ludzi. Poznałem tam też moją żonę, zanim stała się moją żoną. W górach stosujemy się do dwóch zasad. Po pierwsze – nie używamy telefonów, po drugie – podziwiamy przyrodę. Trzeci element, wynikający z zaangażowania w wycieczkę jest taki, że dzieci nabierają w górach bardzo dużego poczucia wartości. Wiedzą, że zdobyły dany szczyt. Jest ciężko, bo często słyszę „tato weź mnie na barana”. Ale już kiedy zdobędą ten szczyt, to są z siebie dumne.

Raz pojechali też z nami kuzyni. Chłopaki na początku wyjazdu bardzo intensywnie korzystali z komórek. Poprosiłem, żeby je odłożyli i miny mieli skrzywione. Zostawili je w pokoju, poszli na ognisko i już się świetnie bawili do samego wieczora.

 

Kajaki

Odkryliśmy kajaki. Też rewelacja. Tam to już w ogóle komórki się nie da używać i nikt nie będzie brał, bo wiadomo, że zamoknie. Jeśli jesteście tydzień na kajakach, to macie tydzień luzu od sprzętu elektronicznego. Można też jechać na jeden dzień. Jest to sport dla każdego, jest masa ofert i jest to bardzo tanie – wypożyczenie kajaka na dzień to średnio 30zł.

 

Konie

Jedną z ulubionych aktywności moich dziewczyn są konie. Mimo że sam nie jeżdżę, często chodzę z nimi na ich jazdy i gdzieś z boku podziwiam. Ostatnio jednak nie miałem okazji być i podczas jazdy córki dostałem od niej telefon. „Tato, zaliczyłam glebę.” Co potem zauważyłem? Moja córka wcześniej na treningach była bardzo zdenerwowana, bo bała się upadku z konia. Teraz już wie, jak to jest i czuje się pewniejsza. Tak samo jest na wspomnianych kajakach, pewność przychodzi, kiedy się lekko podtopimy, bo już wiemy czego się tyle baliśmy.

 

Pielgrzymki

Przygotowując się do pewnej pielgrzymki ksiądz powiedział nam, że nie ma śpiewników. Pomyślałem, że to załatwię. Mówię do córek że jest akcja, bo grupa 100 osób potrzebuje śpiewników. Tak się w to wkręciły, że nawet kiedy przyszły ich koleżanki, to bindowały te śpiewniki razem przez pół dnia.  Podczas samej pielgrzymki, jeżeli dzieci w drodze mają co robić, nieść flagę albo tubę, to chętnie to robią. Kiedy idą bez zadania, to im się nudzi. Zauważyliśmy to na trasie, kiedy się czegoś od nich wymaga, to zdaje egzamin.

Dzieci widzą też, że ludzie są dla siebie mili. Niezależnie od warunków pogodowych dzieją się rzeczy dobre. Wspaniałe są też klimaty wieczorne, kiedy podczas kolacji ludzie się dzielą tym, co mają.  Córka się pyta:

-„Tato, dlaczego tu wszyscy się do siebie uśmiechają?”

-„Bo wszyscy są tu wspólnotą i wszyscy się lubią.”

Raz dojechaliśmy trochę spóźnieni do grupy. Postanowiłem w ramach lekkiego zadośćuczynienia kupić cukierki tym, którzy na nas czekali.  Dziewczyny je wszystkim rozdały i wszyscy byli zadowoleni. Po tej akcji zostało trochę cukierków w domu. Kiedy córka je znalazła, powiedziała mi, że weźmie je do szkoły i rozda w klasie. Spytałem: „Dlaczego?”

-„No żeby wszystkim było przyjemnie”.

Postanowiłem też wybrać się raz na połączenie gór i pielgrzymki, czyli ekstremalna drogę krzyżową. Jestem u przyjaciela w domu i przygotowujemy się do wyjazdu. Nie wiedziałem, czy jego syn też idzie, więc poszedłem go zapytać.

-„Idziesz z nami na ekstremalną drogę krzyżową? Dasz radę”

-„Nie wujek, nie dam rady.”

-„Ale dlaczego tak mówisz?”

-„Bo jestem leniwy.”

-„Kto tak powiedział?”

-„Tata.”

Wracam do jego taty i mówię:

-„Może jednak Igor dałby radę pójść z nami?

-„Co ty, on cały czas gra na komórce.”

Koło się zamknęło i nie poszedł. Ale wyciągnąłem go później w góry wraz z całą rodziną i nie rozmawialiśmy o tej wcześniejszej drodze krzyżowej. On w górach pierwszy wyrwał, był kilometr przed rodzicami, pierwszy zdobył szczyt, z którego zadzwonił do rodziców i spytał „no jak tam, gdzie wy jesteście?” Pokazał, że jak chce to potrafi. Czasami zwyczajnie sami przyklejamy dzieciom różne zbędne łatki.

 

Ryby
Dziewczyny w tym roku zażyczyły sobie, że chcą połowić ryby. Ja nie lubię łowić ryb, nigdy nie łowiłem, ale od czego się ma przyjaciół. Trzeba im było to zorganizować, znaleźć staw, na który nie potrzeba karty wędkarskiej i łowić. Pojechaliśmy tam ze znajomymi i spędziliśmy tam w świetny sposób pół niedzieli. To był kolejny dzień bez elektroniki.

Cały czas tworzymy tę alternatywną rzeczywistość dla komórek. To jest do zrobienia. W naszym przypadku były to też działania charytatywne, już od paru lat w tym uczestniczymy. Dzieciaki pomagają w tworzeniu paczek, a my je potem dostarczamy do szkół. Wiedzą, że mają wpływ na życie innych.

 

Dlaczego nasze dzieci korzystają z tych wszystkich urządzeń? Ponieważ są one dla nich bardziej atrakcyjne, niż rzeczywistość w najbliższym otoczeniu. Jeżeli ta rzeczywistość wokół nich stanie się ciekawsza, bardziej konkurencyjna, to one będą chciały być w tej lepszej, ciekawszej rzeczywistości i z niej czerpać radość. Jestem przekonany, że każde dziecko jest w stanie odłożyć telefon z najlepszą grą, jeśli w pobliżu dzieje się coś fajnego. Warto poczekać na efekty, bo na początku zawsze jest trudno. Dzieci się opierają, ciężko to wszystko wdrożyć, są liczne potknięcia. Raz się okazało, że jedna z moich córek bierze telefon do pokoju, zamyka się i gra udając że się uczy. Odbyliśmy potem poważną rozmowę na temat zaufania. Albo sobie ufamy i gramy na równych zasadach, albo nie. Potem już nigdy tego nie zrobiła.

Na początku mi też było trudno wejść w tę alternatywną rzeczywistość, ale już po paru miesiącach i ja zacząłem czerpać z tego zabawę. Od tamtej pory robimy to już na całego, czyli chętnie angażujemy się we wzajemne aktywności, jak wspomniane zakupy, wyjazdy czy imprezy. Przestawiliśmy się, bo dawniej było tak, że cały czas leciał telewizor i to on był główną atrakcją w domu. Albo dziewczyny oglądały jakieś bajki, albo ja zmęczony po pracy chciałem chwilę odpocząć i coś obejrzeć. Teraz wolę wyłączyć ten telewizor i nawet się ponudzić. Są badania psychologiczne, które wykazały, że to pomaga. Nieważne, czy to  dorosły czy dziecko, ale żeby przez około godzinę dziennie, najzwyczajniej w świecie się ponudzić. Dlaczego? Bo wtedy człowiek układa sobie myśli z całego dnia. Kiedy dziecko wraca ze szkoły, to musi odrabiać lekcje, musi się pouczyć, ale dajmy mu też czas na nudę, na tryb off-line.

Oglądamy mniej telewizji, za to częściej chodzimy wspólnie do kina. Świetna sprawa, bo możemy podyskutować o tym, co się podobało, jaka była muzyka. Zdarza się nam nawet pójść dwa razy na to samo, żeby odkrywać nowe szczegóły. Zauważyłem, że po roku nasze relacje zmieniły się na dużo lepsze.

Mamy duży samochód na siedem osób i czymś, co mnie cieszy jest to, że gdy gdzieś jedziemy, to rówieśnicy i rówieśniczki córek często się biją o to, żeby z nami jechać. Nawet ich rodzice często pytają się dlaczego oni tak lubią z nami jeździć. Co im odpowiadają ich dzieci? Bo z nami jest zabawa.

 

Co pomaga?

-Ustalenie stałego czasu na granie, w tygodniu i w weekendy. U mnie na przykład, jeżeli dziewczyny mają zrobione wszystkie lekcje, to mogą grać przez godzinę, ale jeżeli jest nie później niż 21. Potem trzeba iść spać, a przed snem trzeba mieć bufor spokoju od techniki.

 

-Planowanie zadań na każdy dzień. Nie musicie na każdy dzień wymyślać nowych zadań, ale czasem gdy dzieci wracają ze szkoły, to warto je w coś nowego zaangażować. Oczywiście dajmy im czas na lekcje i wspomnianą nudę.

 

-Ten wspomniany już koszyk. O co w nim głównie chodzi? O ludzką wygodę. Jeżeli te kabelki są przywiązane do koszyka, nawet jakimś prostym węzłem, to za którąś próbą rozplątania ich odechciewa się człowiekoiwi i nawet sam sobie mówię „dobra, to niech to już tu leży”.

 

-Umowa z najbliższymi – pilnuj mnie. Czasem powiem do mojej córki

-„Ewa, jakbyś widziała, że za dużo gram albo przesadzam z komórką, to mnie pilnuj”.

-„Dobra tato”.

Ona tym samym godzi się na to, że ja też mogę ją pilnować.

 

-Jak najwięcej różnych aktywności.

 

-Dobrzy przyjaciele bez komputerów. Mieliśmy taką zaprzyjaźnioną rodzinę, z którą często jeździliśmy na wycieczki, ale oni zawsze brali ze sobą tablety. Nam to przeszkadzało i ciężko było nam wytłumaczyć, że wolelibyśmy podróż bez tego. Znaleźliśmy ludzi, którzy nie mają problemu, żeby przesiedzieć całą noc bez telefonu przy ognisku i zauważyliśmy, że nawet nasze dzieci wtedy bardzo chętnie włączają się do rozmowy.

 

-Aplikacje kontroli rodzicielskiej – do pewnego momentu. Zainstalowałem moim dzieciom taką aplikację i co? Po paru miesiącach ją odinstalowałem. Na początku pomyślałem, że mam święty spokój i wszystko pod kontrolą. Wyskakiwały mi powiadomienia, że moje dziecko chce do czegoś uzyskać dostęp. Coś wygląda niegroźnie, więc akceptuj. Za dwie godziny kolejne powiadomienie. Dziewczyny zaczęły się denerwować, że ich ekran wygląda zupełnie inaczej niż na telefonach koleżanek. Pomyślałem o tym w ten sposób – aplikacja niby spełnia swoją rolę, ale spójrzmy prawdzie w oczy – w ciągu roku czy dwóch, córki znajdą sobie kolegę, który zna się na telefonach i im tę aplikację shakuje. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby do czegoś takiego dosżło, dzieci przecież często o wiele bardziej znają się na telefonach niż rodzice. Postanowiliśmy więc odinstalować tę aplikację i zamiast tego bazować na zaufaniu.

 

Z korzystaniem z komórek jest tak samo, jak z korzystaniem z używek czy alkoholu. Komórki, jak wiele innych rzeczy, są stworzone dla nas, ale z tym jest jak z pływaniem w wodzie. Jeżeli dziecko, które nie umie pływać, zostanie wrzucone na głęboką wodę, to może się utopić. Ale jeżeli wdraża się powoli, pierwsze kroki robi w bezpiecznym akwenie, to jest duża szansa, że to pływanie polubi i nic mu się złego nie stanie.

 

Redakcja Tato.Net

Autor

Redakcja Tato.Net

Zaangażowane ojcostwo znacząco wpływa na zmniejszenie przestępczości.

Współfinansowane ze środków ministerstwa