Alternatywna rzeczywistość dla elektroniki

W moim domu uważałem się za ojca, który ogólnie stroni od urządzeń elektronicznych. Jednak oglądając nagranie z pewnej rodzinnej imprezy urodzinowej, dostrzegłem gdzieś siebie przy stole z telefonem w ręku. To mi dało poważnie do myślenia. Myślałem, że wszystko jest ze mną w porządku, ale dowody przemawiają przeciwko mnie. Co więcej, pewnego dnia moja starsza córka stwierdziła, że tata jej nie słucha, przez co ona też przestała słuchać taty. Kiedy miałem jej coś ważnego do powiedzenia, zbywała mnie albo zajmowała uwagę czym innym. Mówiłem: – Kiedy z tobą rozmawiam, to nie patrz w telewizor. – Ale, tato, ty tak robisz – odpowiadała. No i wtedy nie miałem co powiedzieć. Postanowiłem zrobić sobie sprawdzian, żeby uświadomić sobie, co się dzieje. Taki research na temat stanu faktycznego w moim domu. Jeżeli wasz ojcowski nos podpowiada wam, że coś jednak mogłoby być lepiej, to warto się temu przyjrzeć.   Pracuję w firmie, która zajmuje się systemami zabezpieczeń. Często jeżdżę po domach, kiedy ludzie instalują sobie różne rzeczy i chcą się kogoś poradzić. Mam dzięki temu okazję do zaobserwowania różnych preferencji. Pewnego razu przychodzę i widzę, że w salonie jest telewizor, w kuchni drugi, w sypialni trzeci, a w łazience radio; wszystko z Internetem. Poza tym proszą, żeby w każdym pokoju położyć kable, nawet jeśli jeszcze nie ma w nim telewizora, bo niedługo pewnie i tam założą. Często to właśnie bardzo fajni rodzice, bardzo fajni ojcowie kupują bezmyślnie telewizory, bo ze ściany wystaje puszka z kablami i trzeba ją jakoś zabudować – czyli zainstalować kolejny telewizor. Zaczyna się wtedy dziać coś niedobrego, bo następuje utrata kontroli rodziców nad tym wszystkim. Kiedy córka uświadomiła mi, że przestaję zwracać uwagę na to, ile czasu spędzam przy elektronice, postanowiłem zrobić sobie autodiagnostykę, popatrzeć na siebie z innej perspektywy, wyjść z siebie. Wspomniałem już o nagraniu z przyjęcia urodzinowego, na którym widać było, że trzymam komórkę. Kładąc się do łóżka zauważyłem też, że moim ostatnim slajdem z dnia nie jest twarz mojej żony, tylko jakaś twarz na Facebooku. Postanowiłem popatrzeć na to z bliska. Spotkałem się z moim dobrym przyjacielem, żeby zasięgnąć rady i zapoznać się z perspektywą trzeciej osoby na moją „relację” z kilkucalowym ekranem. Spytałem: – Jak uważasz? Co ty byś powiedział? – Moim zdaniem wszystko jest okej. – Może inaczej: powiedz coś negatywnego o mnie. – Dwa lata nie byliśmy na piwie. (śmiech). Podobno nie robimy tego, co musimy, tylko to, co chcemy. Jeżeli dla mnie sprzęt jest ważniejszy, a praca jest tym, czym żyję, to dzieje się coś niedobrego. Moja mama zawsze mi mówiła: – Kiedy do mnie przyjedziesz, a przyjeżdżasz rzadko, to zawsze jesteś z tą komórką, zostawiłbyś ją w końcu. – Dobra, mamo, już, tylko coś sprawdzę. Okazało się też, że moja żona bardzo delikatnie sygnalizowała mi pewne problemy. Nie mówiła wprost: „Marcin, przestań grać na tym telefonie”. Nie. Ona się po prostu smuciła. Sprawiałem jej przykrość, nie widząc tego. Dopiero kiedy moja córka zwróciła mi na to uwagę, zacząłem to obserwować. Okazało się, że świat zewnętrzny mówił do mnie bardzo wiele między wierszami. Jeśli chcecie sprawdzić sytuację w waszych domach, proponuję wam zrobić to, co zrobiłem ja – wyliczyć, ile macie telewizorów, komputerów, smartfonów, tabletów i konsol do gier i zapisać to wszystko. Potem zapisać, ilu jest mieszkańców. Jeżeli wyjdzie równa liczba mieszkańców i urządzeń, to znaczy, że każdy może w jednej chwili korzystać z jakiegoś urządzenia. To jest według mnie dopuszczalna granica, przy której mamy jeszcze kontrolę nad czymkolwiek. Bo gdy tych urządzeń jest więcej, to znaczy, że jeśli ja… Czytaj więcej »

W moim domu uważałem się za ojca, który ogólnie stroni od urządzeń elektronicznych. Jednak oglądając nagranie z pewnej rodzinnej imprezy urodzinowej, dostrzegłem gdzieś siebie przy stole z telefonem w ręku. To mi dało poważnie do myślenia. Myślałem, że wszystko jest ze mną w porządku, ale dowody przemawiają przeciwko mnie. Co więcej, pewnego dnia moja starsza córka stwierdziła, że tata jej nie słucha, przez co ona też przestała słuchać taty. Kiedy miałem jej coś ważnego do powiedzenia, zbywała mnie albo zajmowała uwagę czym innym. Mówiłem:

– Kiedy z tobą rozmawiam, to nie patrz w telewizor.

– Ale, tato, ty tak robisz – odpowiadała.

No i wtedy nie miałem co powiedzieć. Postanowiłem zrobić sobie sprawdzian, żeby uświadomić sobie, co się dzieje. Taki research na temat stanu faktycznego w moim domu. Jeżeli wasz ojcowski nos podpowiada wam, że coś jednak mogłoby być lepiej, to warto się temu przyjrzeć.

 

Pracuję w firmie, która zajmuje się systemami zabezpieczeń. Często jeżdżę po domach, kiedy ludzie instalują sobie różne rzeczy i chcą się kogoś poradzić. Mam dzięki temu okazję do zaobserwowania różnych preferencji. Pewnego razu przychodzę i widzę, że w salonie jest telewizor, w kuchni drugi, w sypialni trzeci, a w łazience radio; wszystko z Internetem. Poza tym proszą, żeby w każdym pokoju położyć kable, nawet jeśli jeszcze nie ma w nim telewizora, bo niedługo pewnie i tam założą. Często to właśnie bardzo fajni rodzice, bardzo fajni ojcowie kupują bezmyślnie telewizory, bo ze ściany wystaje puszka z kablami i trzeba ją jakoś zabudować – czyli zainstalować kolejny telewizor. Zaczyna się wtedy dziać coś niedobrego, bo następuje utrata kontroli rodziców nad tym wszystkim.

Kiedy córka uświadomiła mi, że przestaję zwracać uwagę na to, ile czasu spędzam przy elektronice, postanowiłem zrobić sobie autodiagnostykę, popatrzeć na siebie z innej perspektywy, wyjść z siebie. Wspomniałem już o nagraniu z przyjęcia urodzinowego, na którym widać było, że trzymam komórkę. Kładąc się do łóżka zauważyłem też, że moim ostatnim slajdem z dnia nie jest twarz mojej żony, tylko jakaś twarz na Facebooku. Postanowiłem popatrzeć na to z bliska. Spotkałem się z moim dobrym przyjacielem, żeby zasięgnąć rady i zapoznać się z perspektywą trzeciej osoby na moją „relację” z kilkucalowym ekranem. Spytałem:

– Jak uważasz? Co ty byś powiedział?

– Moim zdaniem wszystko jest okej.

– Może inaczej: powiedz coś negatywnego o mnie.

– Dwa lata nie byliśmy na piwie. (śmiech).

Podobno nie robimy tego, co musimy, tylko to, co chcemy. Jeżeli dla mnie sprzęt jest ważniejszy, a praca jest tym, czym żyję, to dzieje się coś niedobrego. Moja mama zawsze mi mówiła:

– Kiedy do mnie przyjedziesz, a przyjeżdżasz rzadko, to zawsze jesteś z tą komórką, zostawiłbyś ją w końcu.

– Dobra, mamo, już, tylko coś sprawdzę.

Okazało się też, że moja żona bardzo delikatnie sygnalizowała mi pewne problemy. Nie mówiła wprost: „Marcin, przestań grać na tym telefonie”. Nie. Ona się po prostu smuciła. Sprawiałem jej przykrość, nie widząc tego. Dopiero kiedy moja córka zwróciła mi na to uwagę, zacząłem to obserwować. Okazało się, że świat zewnętrzny mówił do mnie bardzo wiele między wierszami.

Jeśli chcecie sprawdzić sytuację w waszych domach, proponuję wam zrobić to, co zrobiłem ja – wyliczyć, ile macie telewizorów, komputerów, smartfonów, tabletów i konsol do gier i zapisać to wszystko. Potem zapisać, ilu jest mieszkańców. Jeżeli wyjdzie równa liczba mieszkańców i urządzeń, to znaczy, że każdy może w jednej chwili korzystać z jakiegoś urządzenia. To jest według mnie dopuszczalna granica, przy której mamy jeszcze kontrolę nad czymkolwiek. Bo gdy tych urządzeń jest więcej, to znaczy, że jeśli ja siedzę przy komputerze, a moja żona ogląda telewizję, moje dzieci mają do dyspozycji jeszcze wiele innych urządzeń, na które nie zwracam uwagi, bo jestem zajęty swoim.

Podsumowując, jeśli nasz współczynnik jest wyższy od jedynki, to warto zacząć się nad tym zastanawiać. Najważniejsza w tym wszystkim jest odpowiedź na pytanie „Czy ja jeszcze mam nad tym kontrolę?”. Mogę mieć wspaniałe dzieci, tylko co z tego, jeśli one będą siedzieć w swoim wirtualnym świecie, a ja w swoim. Przyszedł taki czas, kiedy postanowiłem to zmienić. Zauważyłem, że to jest złe, bo ściana między mną a moimi dziećmi i żoną zaczyna wzrastać. Mało tego, ona z biegiem czasu twardnieje i potem dużo trudniej ją zburzyć. Trzeba coś zrobić, choć nie jest łatwo.

Wiem, że na komórce mam zainstalowanych parę gier i portali społecznościowych. Wiem, że oglądam w telewizji jakieś seriale, które mnie w zasadzie nie interesują i wiem, że mam w domu trzy komputery, tylko pytanie brzmi – czy naprawdę chcę coś z tym zrobić? Bo to jednak trochę boli. Jeśli próbowaliście i wam się udało, to super, ale mi jest naprawdę trudno odinstalować ulubioną aplikację z telefonu. Więc jeżeli już podejmiemy tę decyzję, to na pewno będzie trudno. Nie chodzi tu już tylko o nas, ale przede wszystkim o dzieci i ich przywiązanie. Jeżeli dzieci mają telefony, to ciężko im będzie to zrozumieć. „Jak to, przez dwa lata mogłem grać, ile chciałem, a dzisiaj co? Co się stało, tato, za co to kara?”. Zaczyna się wtedy problem. Krew, pot, łzy i trudne rozmowy. Ale jest szansa, że się uda. Jest to pewnego rodzaju płynięcie pod prąd w górę rzeki, której końca nie widać.

Mi pomogło to, że zastanowiłem się, jak to będzie wyglądać za kilka lat. Moje córki mają obecnie dziewięć i dziesięć lat, za dekadę będą już dorosłe i wiem, że jeśli dziś czegoś nie zrobię, to później nie będę miał najmniejszego wpływu na ich wybory. Na ich życie będą mieć wpływ znajomi, reklamy, a ja zejdę na dalszy plan. Dlaczego? Dlatego, że kiedy one potrzebowały mojego czasu, pełnego zaangażowania i świadomości, mnie nie było, bo patrzyłem w ekran.

Kiedyś Zbigniew Herbert powiedział, by płynąć do źródeł, pod prąd. Z prądem płyną śmieci i martwe ryby. Właśnie to motto przyświeca mi w moich działaniach i zdaje to egzamin. Na początku pracy nad sobą powiedziałem sobie: „Dobra, Marcin, dałeś ciała”. Zrobiłem rozpoznanie i trochę się podłamałem, ale z drugiej strony pomyślałem, że coś muszę zrobić. Postanowiłem wtedy podzielić tę pracę nad sobą i rodzinnymi relacjami na dwa etapy. Pierwszy to walka ze słabościami, a drugi to budowanie swoich mocnych stron. Bo jeżeli będę tylko walczył ze słabościami, czyli usunę swoje złe nawyki, to nie spowoduję nagle tego, że moje córki do mnie podejdą i powiedzą: „o, tato, nie korzystasz już z komórki, chodź, porozmawiamy”. Nie, bo one same też już korzystają z tych urządzeń. Z myślą o mocnych stronach postanowiłem dać dzieciom coś w zamian, zbudować alternatywną rzeczywistość.

Jeśli mowa o walce ze słabościami, to nie tylko ja miałem ten problem. Moja żona miała aplikację, w której karmi się zwierzęta i zbiera się plony, coś jak symulator. Nie mogła się od tego w wolnych chwilach oderwać, nie reagowała też za bardzo na moje prośby. Z pomocą przyszła pielgrzymka, na którą poszliśmy całą rodziną. Piesza pielgrzymka ma w sobie tę zaletę, że jak się idzie dłużej niż 5 dni i nie śpi się po domach, tylko w namiotach, to już po trzech dniach siadają powerbanki i baterie. To właśnie wtedy ludzie zaczynają naprawdę żyć. Po powrocie moja żona powiedziała, że nie wie, po co w ogóle grała w tę grę. Odinstalowała ją i jestem przeszczęśliwy, bo sypialnię mamy w końcu dla siebie, a nie dla telewizora i komórek.

Warto też zrezygnować z mega-abonamentów. Bardzo trudno jest podjąć decyzję o usunięciu 90% kanałów, szczególnie, jeśli dzieci zdążyły się przyzwyczaić do Disney Channel. Cóż, zazwyczaj dzieci nie chcą zrozumieć tego, że przy rewolucji leje się krew; przynajmniej moje nie chciały. Nie zrobiłem tego jednym cięciem, ale gdy co jakiś czas kończy się abonament, stopniowo zmieniam go na mniejszy.

– Tato, a dlaczego tego już nie ma?

– No córeczko, teraz taki abonament jest.

– To co ja teraz będę oglądała?

– Dasz radę; zobacz, jest mnóstwo innych kanałów.

Problem jest przez kilka dni, a potem znika.

Dyskusję nad rozwiązaniami przeprowadzajmy wspólnie z rodziną. U mnie było tak:

– Dziewczyny, co możemy zrobić, żeby tyle nie grać? Co jest ciekawszego od komórki?

Dziewczyny myślą i mówią:

Pies.

No tak, ale pewnie to ja będę łaził z tym psem. Sprytnie to wymyśliły, bo nawet gdybym to głównie ja miał się nim zajmować, to i tak wiedzą, że uważam to za lepsze rozwiązanie od komórek. Mimo wszystko jest też szansa na to, że i one by się nim zajęły. Psa jeszcze nie ma, ale jest chomik i mysz. Skoro już mowa o zwierzątkach domowych, to opowiem krótką anegdotę o tym, jak dzieci nas obserwują. Kilkanaście miesięcy temu miałem problem zdrowotny i – krótko mówiąc – musiałem zrzucić kilkanaście kilogramów. Zacząłem sobie notować różne rzeczy: ile mam w pasie, ile kilo mniej i tak dalej. Pewnego razu Ewa, moja młodsza córka patrzy, potem gdzieś znika, bierze brudnopis i pisze „4 centymetry (bez ogonka)”. Patrzę i pytam:

Ewa, o co chodzi?

– A, bo wiesz, tato, ważę i mierzę mysz.

Dzieci nas naśladują bezbłędnie. Ta rodzinna dyskusja nad rozwiązaniami podpowiedziała nam wycieczki, zwierzęta, ale pokazała jeszcze jedno: że dzieci mają wpływ na to, co robimy. One też mogą realnie wpływać na zmianę naszego zachowania.

Prowadzę działalność gospodarczą. Zarobki mam wprost proporcjonalne do ilości włożonego czasu, czyli, krótko mówiąc, im więcej pracuję, tym więcej mam pieniędzy. Gdybym pracował na okrągło, to w ogóle miałbym ich potąd. Złapałem się jednak w pewnym momencie na tym, że praca stała się moim priorytetem. Żona raz powiedziała:

– Idź po dzieci.

– Nie mogę, mam masę pracy.

Cały czas irytowałem się, że muszę iść po dzieci do szkoły. Postanowiłem poszukać rozwiązań i przeprowadziłem mały research. Dotarło do mnie po nim, że wcale nie wykorzystuję należycie mojego czasu w pracy. Zacząłem planować pracę, żeby jak najefektywniej go wykorzystać. Okazało się, że nagle mam wystarczająco dużo czasu, żeby wyjść godzinę wcześniej i pojechać po dzieci. Mamy potem czas na zabawę czy na wspólne zakupy, a czasami łączymy jedno z drugim. W jaki sposób? Podczas zakupów w sklepie bierzemy na przykład serek, patrzymy na jego skład i bawimy się aplikacją Pola. Sprawdzamy, ile jest kapitału polskiego, a ile zagranicznego. Dziewczyny to błyskawicznie podchwyciły i teraz pilnują produktów i wybierają tylko niektóre. Nie zmuszamy ich do tego, one same to robią. Dzieci uwielbiają przeprowadzać takie śledztwa w marketach.

Nie potrafię przebywać z rodziną, jeżeli nie mam zaplanowanego czasu. Zawsze staram się organizować swój czas wolny. Planuję też czas offline wyłącznie dla siebie. Zostawiam komórkę, komputer i idę poukładać myśli, na przykład na spacer do lasu. Bez tego nie jestem w stanie funkcjonować poprawnie, bo kiedy wracam po pracy do domu, to często moje myśli są nadal w firmie. Jeżeli córki o coś mnie pytają, zdawkowo odpowiadam, ale myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Jeżeli jednak w chwili ciszy wszystko to sobie poukładam, to potem znacznie łatwiej jest mi z nimi rozmawiać.

Jaki jest ciekawy sposób na ograniczenie używania telefonów w domu? Zwykły wiklinowy koszyk, najlepiej taki, który ma po bokach uchwyty. Bierzemy wszystkie ładowarki w domu, przeplatamy parę razy tak, żeby wtyczki były w tym koszyku, robimy na ścianie listwę, włączamy tam wszystkie te ładowarki i zawieramy umowę. Moje dzieci mają telefony, mogą z nich korzystać, ale w domu są one w koszyku. Co się okazało? Że ja pilnuję dziewczyn, a one mnie. Jeżeli widzę, że moja córka bierze komórkę, mówię:

– Iza, koszyk.

– No dobra, tato.

Odkłada tę komórkę i zapomina o niej zupełnie. Natomiast jeżeli ja się zapomnę i dłużej posiedzę, po chwili słyszę: „Tato, komórka”. No i telefon musi zawędrować do koszyka. Co nam to daje? Po pierwsze pewną wizualną kontrolę: wiemy gdzie są komórki, a po drugie chodzi o równouprawnienie. Nie mogę wymagać od swoich dzieci, żeby robiły coś innego niż ja. Jeżeli ja nie korzystam z komórki, to mogę wymagać od nich tego samego, ale jeżeli ja korzystam, to widzą i będą mnie naśladować. One też są ludźmi.

Czasami coś się zepsuje i myślimy, co by tu nowego kupić. Mnie na przykład bardzo kusi tablet z nowym ekranem AMOLED. Walczę z tym już rok i chyba go nie kupię. Mówię sobie w myślach, że jak będzie tak sobie leżał w kuchni, to się przyda, bo żona będzie mogła wyszukiwać przepisy. Ale z drugiej strony głowy słyszę głos: „Po co? Przecież jest komórka”. Jeżeli nie ma takiej potrzeby, nie kupujmy zbędnej elektroniki. Lepiej wymyślić coś innego. Niedawno rozmawiałem z kolegą. Powiedział: „Słuchaj, mam siedem tabletów, bo córka wygrywa w różnych konkursach sportowych i cały czas dostaje tablety; nie chcesz jednego?”. Jeżeli macie tak dużo tabletów, to warto je sprzedać, wymienić, oddać, po prostu się ich pozbyć, a z dziećmi umówić się na coś innego (np.: „Sprzedamy tablet, ale będziesz miał za to mnóstwo klocków”). Jeżeli to jest kolejny zbędny tablet, dziecko chętnie podchwyci ten pomysł.

W pracy nad sobą najlepszym momentem było dla mnie wzmacnianie swoich mocnych stron. Zacząłem szukać czegoś, co bardzo lubiłem i dla mnie była to kolejka elektryczna. Taka, jaką się bawiłem, kiedy byłem mały. Kupiłem sobie deskę, tory, wagon i zacząłem w tym grzebać. Co się okazało? Że moje dziewczyny, które grały w Minecrafta, rzuciły go na bok i spytały: „Tato, możemy się z tobą pobawić?”. Na początku miałem powiedzieć, że nie, „bo mi to wszystko klejem pobrudzicie”, ale zgodziłem się, bo truchleję czasami jak kolejny raz lokomotywa się wykoleiła. Okazało się, że jest to dla nich bardzo ciekawe. Nie dlatego, że sama kolejka jest ciekawa, tylko dlatego, że zobaczyły, jak ja się tym fascynuję, jak się chwalę. Rozłożyłem super tory, pod nimi zamontowałem zwrotnicę i pokazuję córkom, jak to fajnie działa. One to widzą i pytają, czy mogą same coś takiego zrobić. Po prostu widzą, że to mnie pasjonuje i je też to zaczyna interesować. Wtedy komputer schodzi na dalszy plan.

Jeżeli w domu są jakiekolwiek imprezy, to staram się pomagać w tym, co potrafię. Na przykład kiedy są urodziny, robię dyskotekę, montuję głośniki, włączam „zadymiarza”, instaluję kolorowe kule i inne cuda i córki również się w to angażują. Zachęca je to, że tata ofiaruje im swoje umiejętności. Ostatnio zaczęliśmy się bawić w przeciąganie liny, a kiedy nam się znudziło, wymyśliliśmy wchodzenie po linie na balkon (żona mnie przegoniła, mówiąc, że pokazuję złodziejom, jak wejść do domu).

Zacząłem dzielić się swoimi sukcesami ze znajomymi z pracy, a oni zaczęli dzielić się swoimi ze mną. Jaki był efekt? Że sami napędzaliśmy różne swoje aktywności dzięki wzajemnej motywacji. Okazało się, że ja wprawdzie świetnie bawię się kolejką, ale że kolega wspaniale bawi się, grając z dziećmi w podchody, to kolejnego dnia zorganizowaliśmy podchody u mnie.

Pewnego razu pojechaliśmy w góry. W pewnym momencie podczas wspinaczki słyszę:

– Tato, ja już nie dam rady.

– Coś ty; musisz dać radę.

– Ale ja naprawdę nie dam rady.

No i ojciec słucha tego dziecka, choć dobrze wie, że dałoby radę. Biorę ją na barana, niosę tak może przez dwadzieścia metrów i słyszę: „Tato, starczy”. Siły wróciły.
Na podobny wyjazd zabraliśmy też raz kuzyna.

– Wujek, ja już nie dam rady.

– To stań tu i sobie odpocznij.

Stanął, żeby odpocząć, wziął plecak, patrzy, a w środku skakanka. Od razu wróciły mu siły i przyskakał do mnie na górę na tej skakance. Dzieci mają mnóstwo energii, tylko czasem potrzebują bodźców, żeby ją uwolnić.

Poszukuję nowych wyzwań i celów, żeby się realizować. Chodzi o to, że kiedy zaczynamy łapać dobry kontakt z dziećmi, dobrze jest angażować się w różne inne rzeczy. To sprawia, że jestem na fali, że cały czas chcę robić coś dobrego, pozytywnego. Chciałbym  pokazać, co jeszcze u mnie w domu sprawdza się jako alternatywna rzeczywistość dla komórek.

 

Książki

My na przykład z córkami czytamy książki Andrzeja Maleszki. Przeczytaliśmy już wszystkie i chyba zaczniemy od nowa. Kiedy jedziemy samochodem, również czytamy, ale jest jedna zasada: wszystkie komórki – poza tą z nawigacją – są w schowku.

– Tato mogę się pobawić na telefonie?

– Nie, nawigacji potrzebuję.

Zaczynamy czytać książkę i umawiamy się tak: żona czyta 5 stron, ja jako kierowca nie mogę, ale dziewczyny czytają po 5 kolejnych stron każda.

– Tato, mnie się nie chce.

No to trudno, odkładamy książkę.

– No dobra, poczytam.

Ostatnio coraz więcej kuzynów chce z nami jeździć na różne wycieczki, wtedy też czytamy w samochodzie.

– To jak, czytamy?

– Eee, wujek, ja to nie chcę czytać.

– No dobrze, nic na siłę, czytają dziewczyny.

Mija kolejny rozdział i słyszę „Wujek, mogę też poczytać?”. Świetna sprawa.

 

Muzyka

Bardzo lubię muzykę i zaraziliśmy tym z żoną nasze dziewczyny. Zauważyliśmy, że jeżeli my czymś żyjemy, to one też tym żyją. Słuchamy różnej muzyki – począwszy od Makumby Big Cyca, po Hey – Moja i twoja nadzieja. Byłem w szoku, kiedy moje córki zaczęły analizować tę drugą piosenkę. Ja kojarzę ten utwór z powodzią we Wrocławiu w 1997 roku. Piosenka co prawda powstała wcześniej, ale teledysk nagrano właśnie na potrzeby zbiórki pieniędzy dla powodzian. Opowiadałem o tym dziewczynom i kiedy byliśmy we Wrocławiu na ul. Traugutta pokazywałem im, dokąd sięgała woda w pewnych miejscach. Byłem naprawdę pozytywnie zaskoczony, kiedy moja starsza córka, słuchając później tej piosenki, z zaangażowaniem opowiadała jej historię innym dzieciom.

Później zaczęliśmy chodzić na koncerty różnych zespołów: czasami nieznanych, ale oczywiście nie takich, których występ byłby wstrząsem dla dziecci. Pierwszy koncert nie bardzo im się podobał; mówiły, że jest za głośno. Drugi koncert zrecenzowały: „no, muzyka taka średnia”. Ostatnio byliśmy na koncercie Ani Wyszkoni i „było super, tato, tylko załatw mi autograf”. No i zaczęła się zabawa w autografy.

 

Podróże samochodem

Kiedy jedziemy samochodem, staramy się obserwować świat. Nie przez komórkę, robiąc zdjęcia, tylko na żywo badamy przyrodę. Czasem zatrzymujemy się niedaleko jakiegoś dzikiego zwierzęcia, żeby pokazać dziewczynom sarnę czy lisa. Bywa, że da się nawet podejść. Obserwowanie świata, delektowanie się tym, rozmawianie o tym – to coś niesamowitego, co sprawia nam dużo radości.

Kiedy już nie mamy co robić w trasie, gramy w skojarzenia albo opowiadamy kawały. Czasami też rozwijają się ciekawe dyskusje. Zauważyłem, że jeżeli my pytamy o coś nasze dzieci, one niekoniecznie chcą nam odpowiadać, ale jeżeli ja z żoną zażarcie nad czymś debatujemy, to one często same się wtrącają i wywołują ciekawe rozmowy.
Zdarza się też tak, że jedziemy nad morze i dziewczyny chcą zagrać na telefonie.

– To na ile się umawiamy? – przeprowadzamy negocjacje.

– Piętnaście minut.

– Dziesięć.

– No to dwanaście.

– Dobra.

I wtedy ważne jest, żeby tego czasu pilnować.

 

Jeżeli chodzi o dom, to uważam, że dużo lepsza jest konsola niż komputer. Kiedyś byłem u mojego promotora ze studiów i musieliśmy coś sprawdzić na komputerze. Powiedział:

– Wybacz, nie skorzystamy teraz z komputera, bo mój syn korzysta.

– To jeden komputer masz?

– Tak, i mi to odpowiada bo musimy o niego walczyć.

Czyli jeśli jest pięć osób, to jedna piąta czasu dla każdego. Jest to jakaś metoda na to, żeby nie spędzać za dużo czasu przed komputerem. Z drugiej strony, kiedy ja siedzę przed komputerem i moje dziecko to widzi, pyta:

– Tato, co ty robisz?

No i lepiej wytłumaczyć:

– Słuchaj, kochanie, pracuję, bo muszę dokończyć ważne zadanie z pracy.

– A ile jeszcze to będziesz robił?

Patrzę na zegarek.

– Do dziewiętnastej.

Wybija dziewiętnasta, córka przychodzi:

– Tato, skończyłeś już?

Dlatego uważam, że konsola jest lepsza niż komputer, bo nie dość, że w jakiś sposób integruje rodzinę, to jeszcze na czas gry „blokuje” telewizor (o ile jest jeden w domu).

Jeżeli urządzenia się psują, a – całe szczęście – psują się, nie kupujemy nowych. Jest trochę cierpienia, okres żałoby, ale da się to przeżyć. Nie tak dawno słuchałem psychologa, który powiedział świetną rzecz: dziecko często przeżywa frustrację, jeśli mu się coś zabierze, ale najlepszym miejscem do uwolnienia takiej frustracji jest dom rodzinny. Dlaczego? Bo tam jest bezpieczne. Może się na was wkurzyć, może pokrzyczeć, zrobić dużo rzeczy, ale mimo wszystko czuje się tam bezpieczne. Kiedy wyjdzie poza dom, mogą się dziać różne rzeczy, ale wie, że w domu ma swojego tatę, mamę i że tam nie stanie się nic złego, mimo że ono jest w tej chwili wściekłe na rodziców.

Ustalamy czas na granie. Początkowo w to nie wierzyłem, ale pilnowałem tego. W salonie koło kuchni jest minutnik; ustalamy czas na zegarze, czas mija: „Dziewczyny, koniec”. U babci to nie zadziała, bo babcia pozwala grać na całego. Natomiast kiedyś wyjechaliśmy za granicę i naszymi dziećmi opiekowali się nasi przyjaciele. Kiedy wróciliśmy, powiedzieli nam:

– Słuchajcie, macie super dzieci.

– Dlaczego?

– Bo jak chciały grać, to same sobie ustalały czas.

Jedna pilnowała drugiej i dbały o to, żeby czas na granie był optymalny. Przypuszczam, że jeśli byłyby dwa komputery, to dziewczyny raczej nie zajmowałyby się minutnikiem, tylko grałyby do oporu. Ale ponieważ był jeden, wzajemnie się pilnowały.

Warto też zaangażować się w grę swoich dzieci. Ja osobiście lubię pograć na Xboksie –  mamy tego kinecta, do którego trzeba się ruszać. Ostatnio moja córka poprosiła: „tato, zainstaluj mi Farming Simulator”. No dobra, zobaczymy, co to jest. Po jakimś czasie wciągnąłem się w te sadzonki, ale było to fajne, bo mieliśmy bliski kontakt ze sobą.

 

Góry

Zawsze lubiłem chodzić po górach i zauważyłem, że w fajny sposób poznaje się tam ludzi. Poznałem tam też moją żonę, zanim stała się moją żoną. W górach stosujemy się do dwóch zasad. Po pierwsze – nie używamy telefonów, po drugie – podziwiamy przyrodę. Trzeci element wynikający z zaangażowania w wycieczkę jest taki, że dzieci nabierają w górach bardzo dużego poczucia wartości. Wiedzą, że zdobyły dany szczyt. Jest ciężko i często słyszę: „tato, weź mnie na barana”. Ale kiedy już zdobędą szczyt, są z siebie dumne.

Raz pojechali też z nami kuzyni. Na początku wyjazdu bardzo intensywnie korzystali z komórek. Kiedy poprosiłem, żeby je odłożyli, mieli skrzywione miny. Zostawili je w pokoju, poszli na ognisko i bawili się świetnie do samego wieczora.

 

Kajaki

Odkryliśmy kajaki. Też rewelacja. Tam to już w ogóle nie da się używać komórki i nikt nie będzie jej brał, bo wiadomo, że zamoknie. Jeśli jesteście tydzień na kajakach, to macie tydzień luzu od sprzętu elektronicznego. Można też jechać na jeden dzień. Jest to sport dla każdego, ofert jest masa, a rozrywka bardzo tania: wypożyczenie kajaka na dzień to średnio 30 zł.

 

Konie

Jedną z ulubionych aktywności moich dziewczyn są konie. Mimo że sam nie jeżdżę, często chodzę z nimi na ich jazdy i gdzieś z boku podziwiam. Ostatnio jednak nie miałem okazji z nimi być i podczas jazdy córki dostałem od niej telefon|: „Tato, zaliczyłam glebę”. Co potem zauważyłem? Wcześniej na treningach moja córka była bardzo zdenerwowana, bo bała się upadku z konia. Teraz już wie, jak to jest, i czuje się pewniejsza. Tak samo jest na kajakach: pewność przychodzi, kiedy się lekko podtopimy, bo już wiemy, czego się tyle baliśmy.

 

Pielgrzymki

Kiedy przygotowywaliśmy się do pewnej pielgrzymki, ksiądz powiedział nam, że nie ma śpiewników. Pomyślałem, że to załatwię. Mówię do córek, że jest akcja, bo grupa 100 osób potrzebuje śpiewników. Tak się w to wkręciły, że nawet kiedy przyszły ich koleżanki, przez pół dnia bindowały razem z nimi te śpiewniki. Podczas samej pielgrzymki, jeżeli dzieci w drodze mają co robić (np. nieść flagę albo tubę), chętnie to robią. Kiedy idą bez zadania, nudzi im się. Zauważyliśmy na trasie, że kiedy się czegoś od nich wymaga, zdaje to egzamin.

Dzieci widzą też, że ludzie są dla siebie mili. Niezależnie od warunków pogodowych dzieją się rzeczy dobre. Wspaniałe są też klimaty wieczorne, kiedy podczas kolacji ludzie się dzielą tym, co mają. Córka pyta:

– Tato, dlaczego tu wszyscy się do siebie uśmiechają?

– Bo wszyscy są tu wspólnotą i wszyscy się lubią.

Raz dojechaliśmy do grupy trochę spóźnieni. Postanowiłem w ramach lekkiego zadośćuczynienia kupić cukierki tym, którzy na nas czekali. Dziewczyny je rozdały i wszyscy byli zadowoleni. Po tej akcji zostało w domu trochę cukierków. Kiedy córka je znalazła, powiedziała mi, że weźmie je do szkoły i rozda w klasie. Spytałem, dlaczego.

– No, żeby wszystkim było przyjemnie.

Pewnego razu postanowiłem wybrać się na wyprawę łączącą góry i pielgrzymkę, czyli ekstremalną Drogę Krzyżową. Jestem u przyjaciela w domu i przygotowujemy się do wyjazdu. Nie wiedziałem, czy jego syn też idzie, więc poszedłem go zapytać.

– Idziesz z nami na ekstremalną Drogę Krzyżową? Dasz radę.

– Nie, wujek, nie dam rady.

– Ale dlaczego tak mówisz?

– Bo jestem leniwy.

– Kto tak powiedział?

– Tata.

Wracam do jego taty i mówię:

– Może jednak Igor dałby radę pójść z nami?

– Co ty, on cały czas gra na komórce.

Koło się zamknęło i nie poszedł. Ale wyciągnąłem go później w góry wraz z całą rodziną i nie rozmawialiśmy o tej wcześniejszej Drodze Krzyżowej. W górach wyrwał pierwszy, był kilometr przed rodzicami, pierwszy zdobył szczyt, z którego zadzwonił do rodziców i spytał: „No jak tam, gdzie wy jesteście?”. Pokazał, że jak chce, to potrafi. Czasami sami przyklejamy dzieciom różne zbędne łatki.

 

Ryby
Dziewczyny w tym roku zażyczyły sobie połowić ryby. Ja nie lubię łowić ryb, nigdy nie łowiłem, ale od czego się ma przyjaciół. Trzeba było to zorganizować, znaleźć staw, na który nie potrzeba karty wędkarskiej, i łowić. Pojechaliśmy tam ze znajomymi i spędziliśmy w świetny sposób pół niedzieli. To był kolejny dzień bez elektroniki.

Cały czas tworzymy alternatywną rzeczywistość dla komórek. To jest do zrobienia. W naszym przypadku objęło to też działania charytatywne, w których uczestniczymy już od paru lat. Dzieciaki pomagają w tworzeniu paczek, a my je potem dostarczamy do szkół. Dzięki temu córki wiedzą, że mają wpływ na życie innych.

 

Dlaczego nasze dzieci korzystają z tych wszystkich urządzeń? Ponieważ są one dla nich bardziej atrakcyjne niż to, co dzieje się w najbliższym otoczeniu. Jeżeli rzeczywistość wokół nich stanie się ciekawsza, bardziej konkurencyjna, będą chciały być w tej lepszej, ciekawszej rzeczywistości i z niej czerpać radość. Jestem przekonany, że każde dziecko jest w stanie odłożyć telefon z najlepszą grą, jeśli w pobliżu dzieje się coś fajnego. Warto poczekać na efekty, bo na początku zawsze jest trudno. Dzieci się opierają, ciężko to wszystko wdrożyć, są liczne potknięcia. Raz okazało się, że jedna z moich córek bierze telefon do pokoju, zamyka się i gra, udając że się uczy. Odbyliśmy potem poważną rozmowę na temat zaufania. Albo sobie ufamy i gramy na równych zasadach, albo nie. Potem już nigdy tego nie zrobiła.

Na początku mnie też było trudno wejść w tę alternatywną rzeczywistość, ale już po paru miesiącach zacząłem czerpać z tego zabawę. Od tamtej pory robimy to już na całego, czyli chętnie angażujemy się we wzajemne aktywności jak wspomniane zakupy, wyjazdy czy imprezy. Przestawiliśmy się, bo dawniej było tak, że cały czas grał telewizor i to on był główną atrakcją w domu. Albo dziewczyny oglądały jakieś bajki, albo ja, zmęczony po pracy, chciałem chwilę odpocząć i coś obejrzeć. Teraz wolę wyłączyć telewizor i nawet się ponudzić. Są badania psychologiczne, które wykazały, że to pomaga. Nieważne, czy to dorosły, czy dziecko, ale przez około godzinę dziennie najzwyczajniej w świecie trzeba się ponudzić. Dlaczego? Bo wtedy człowiek układa sobie myśli z całego dnia. Kiedy dziecko wraca ze szkoły, musi odrabiać lekcje, musi się pouczyć, ale dajmy mu też czas na nudę, na tryb off-line.

Oglądamy mniej telewizji, za to częściej chodzimy wspólnie do kina. Świetna sprawa, bo możemy podyskutować o tym, co się komu podobało, jaka była muzyka. Zdarza się nam nawet pójść dwa razy na to samo, żeby odkrywać nowe szczegóły. Zauważyłem, że po roku nasze relacje zmieniły się na dużo lepsze.

Mamy duży samochód na siedem osób i cieszy mnie to, że gdy gdzieś jedziemy, to rówieśnicy i rówieśniczki córek często biją się o to, żeby z nami jechać. Nawet ich rodzice często pytają, dlaczego oni tak lubią z nami jeździć. Co im odpowiadają ich dzieci? Że z nami jest zabawa.

 

Co pomaga?

  • Ustalenie stałego czasu na granie w tygodniu i w weekendy. U mnie na przykład jeżeli dziewczyny mają zrobione wszystkie lekcje, mogą grać przez godzinę, pod warunkiem, że nie jest później niż 21. Potem trzeba iść spać, a przed snem potrzebny jest bufor spokoju od techniki.

 

  • Planowanie zadań na każdy dzień. Nie musicie codziennie wymyślać nowych zadań, ale czasem, gdy dzieci wracają ze szkoły, warto je zaangażować w coś nowego. Oczywiście dajmy im czas na lekcje i wspomnianą wcześniej nudę.

 

  • Wspomniany już koszyk. O co w nim głównie chodzi? O nasze wygodnictwo. Jeżeli te kabelki są przywiązane do koszyka – nawet jakimś prostym węzłem – to za którąś próbą rozplątania ich człowiekowi się odechciewa. Nawet sam sobie mówię: „dobra, to niech to już tu leży”.

 

  • Umowa z najbliższymi: „pilnuj mnie”.

Czasem mówię do mojej córki:

– Ewa, gdybyś widziała, że za dużo gram albo przesadzam z komórką, to mnie pilnuj.

– Dobra, tato.

Ona tym samym godzi się na to, że i ja mogę jej pilnować.

 

  • Jak najwięcej różnych aktywności.

 

  • Dobrzy przyjaciele bez komputerów. Mieliśmy zaprzyjaźnioną rodzinę, z którą często jeździliśmy na wycieczki, ale oni zawsze brali ze sobą tablety. Nam to przeszkadzało i ciężko było im wytłumaczyć, że wolelibyśmy podróż bez tego. Znaleźliśmy ludzi, którzy nie mają problemu, żeby przesiedzieć całą noc bez telefonu przy ognisku i zauważyliśmy, że nawet nasze dzieci bardzo chętnie włączają się wtedy do rozmowy.

 

  • Aplikacje kontroli rodzicielskiej – do pewnego momentu. Zainstalowałem moim dzieciom taką aplikację i co? Po paru miesiącach ją odinstalowałem. Na początku pomyślałem, że mam święty spokój i wszystko pod kontrolą. Wyskakiwały mi powiadomienia, że moje dziecko chce do czegoś uzyskać dostęp. Coś wygląda niegroźnie, więc wybierałem „akceptuj”. Za dwie godziny kolejne powiadomienie. Dziewczyny zaczęły się denerwować, że ich ekrany wyglądają zupełnie inaczej niż te na telefonach koleżanek. Pomyślałem o tym w ten sposób: aplikacja niby spełnia swoją rolę, ale spójrzmy prawdzie w oczy – w ciągu roku czy dwóch, córki znajdą sobie kolegę, który zna się na telefonach i im tę aplikację zhakuje. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby do czegoś takiego doszło; dzieci przecież często o wiele lepiej niż rodzice znają się na telefonach. Postanowiliśmy więc odinstalować tę aplikację i zamiast na niej bazować na zaufaniu.

 

Z korzystaniem z komórek jest tak samo, jak z korzystaniem z używek czy alkoholu. Komórki, jak wiele innych rzeczy, są stworzone dla nas, ale jest z nimi tak jak z pływaniem w wodzie. Jeżeli dziecko, które nie umie pływać, zostanie wrzucone na głęboką wodę, może się utopić. Ale jeżeli wdraża się do pływania powoli, a pierwsze kroki robi w bezpiecznym akwenie, to jest duża szansa, że polubi wodę i nic złego mu się nie stanie.

 

Redakcja Tato.Net

Autor

Redakcja Tato.Net

Zaangażowane ojcostwo znacząco wpływa na zmniejszenie przestępczości.

Współfinansowane ze środków ministerstwa